Ponad 500 substancji sprawdza najdroższe badanie pozostałości pestycydów w jabłkach, jakie Kamil Andrzejczyk zlecił w Instytucie w Skierniewicach. W jego owocach, jak mówi, za każdym razem wychodzi zero.
Kamil prowadzi pięć hektarów, w tym stary sad po dziadku. Zapytałem go, co znaczy, że ma zdrowe jabłka. Nie zaczął od smaku ani od koloru: „No przede wszystkim są to owoce bez pozostałości”. Ta definicja przenosi zdrowie owocu tam, dokąd wzrok kupującego nie sięga.
Pestycydów w jabłkach nie widać przy półce
Przy półce jabłko ma kilka sekund. Oceniasz wielkość, kolor, połysk, szukasz plamki. Wszystko, co decyduje o zakupie, jest na skórce. To, co decyduje o zdrowiu, pokazuje dopiero laboratorium.
Liczby z rozmowy wymagają precyzji. Pierwsze badanie Kamila obejmowało 233 substancje, drugie, dwa razy droższe, ponad 500. To lista tego, czego szuka laboratorium, a nie liczba pestycydów w jednym owocu. Kamil sam to prostuje. Od pracowników instytutu usłyszał, że w niektórych badanych jabłkach wychodzi 10, 20, 30, a nawet 40 pozostałości.
Z glifosatem jest podobnie, tylko widać go wyraźniej. Sucha, czysta ziemia pod drzewami to pas herbicydowy: chwasty wypalone środkiem chwastobójczym, najczęściej z glifosatem. Kamil go nie stosuje, więc pod jego jabłoniami trawa rośnie czasem po dwa metry, a inni sadownicy wytykają mu zielsko. Kamil Andrzejczyk mówi, że glifosat według wielu źródeł jest rakotwórczy, i przywołuje badania dzieci w wieku 4, 5 i 6 lat w Polsce, w których wyniki moczu pokazywały go przekroczony nawet o 400%. Pyta więc krytyków, skąd się tam wziął: „Glifosat? No przecież nie z powietrza”.
Sadownik pryska, bo rynek płaci za wygląd
Najciekawsze w tej rozmowie jest to, że Kamil nie szuka winnych wśród sąsiadów. Broni ich. Jeden z nich, prowadzący sad przemysłowy, miał rok z 74 opryskami, a zwykle, według Kamila, jest ich od 30 do 60. Inny ładował tira jabłek. W jednej skrzynce znaleziono dwa owoce z parchem i odbiorca zwrócił cały towar. „System zmusił do tego” — mówi Kamil.
Ten system ma prostą arytmetykę. W skupie jabłka kosztują od 20 do 60 groszy za kilogram, podobnie jak przed dwiema dekadami. Dzień pracy pomocnika w sadzie kosztował w 2000 roku około 30 zł, dziś 300–400 zł. Sadownik może przetrwać tylko na plonie i na towarze bez skazy. „To nie jest wina sadowników, że tak robią. Jeżeli by tego nie robili to wszyscy by zbankrutowali”. Handel dostaje jednolite jabłko. Ryzyko odrzuconej dostawy zostaje w gospodarstwie.
Rachunek dla człowieka przy półce wygląda tak: płacisz za połysk i równy kaliber, a o tym, co zostało w owocu, nie wiesz nic, bo tego nie widać.
Rachunek dla rynku jest inny. Małe gospodarstwo prowadzone jak u Kamila, z plonem, jak mówi, nawet dziesięciokrotnie niższym niż w zwykłych gospodarstwach, bez chłodni, z ciągnikiem, który ma 40 lat, nie spełnia progu ekonomiczności i nie dostaje wsparcia. Premię dostaje wydajność. Rynek, który płaci wyłącznie za wygląd i tonę z hektara, sam wychowuje sady, w których pryska się najwięcej.
Owoc powinien być oceniany za to, co w nim jest
Standard jest prosty do nazwania. Kto sprzedaje jabłko jako zdrowe, pokazuje wynik badania pozostałości, a nie połysk skórki. Odbiorca, który zwraca tira za dwa parchy w jednej skrzynce, powinien z równą stanowczością pytać o to, czego nie widać. Kupujący ma prawo zadać przy półce jedno pytanie: skąd jest to jabłko i co w nim zostało.
Glifosat nie bierze się z powietrza. Bierze się z cennika, który płaci za połysk.