Krzysztof Strobel — strona główna
Notki / Kamil Andrzejczyk
Rynek w praktyce · Notka · Z rozmowy z Kamilem Andrzejczykiem

Mniej oprysków kosztuje więcej pracy. Kamil Andrzejczyk o rachunku za smak

Krzysztof Strobel20 września 2026

74 opryski w jednym roku — taki przypadek z sadu swojego sąsiada przywołuje Kamil Andrzejczyk. Sam ogranicza opryski i opowiada, co ten wybór oznacza przez pozostałe miesiące, kiedy klient jeszcze nie ma czego włożyć do koszyka.

Mniej oprysków oznacza kolejne godziny pracy

Kamil Andrzejczyk nie stosuje glifosatu, więc regularnie kosi trawę pod drzewami. To właśnie koszenie wskazuje jako największy koszt w swoim sadzie. Deszcz, odrastająca trawa, kolejny przejazd. Do tego ręczne przebieranie owoców i zbiory, przy których pomaga mu mama. Jak opowiada, kiedy on zbierze jedną skrzynię jabłek, ona zdąży zebrać trzy. Zmiana sposobu uprawy zwiększa zapotrzebowanie na pracę, a ludzi do tej pracy brakuje.

Ochrona owoców wymaga również pilnowania terminów. Kamil mówi o stosowaniu miedzi i siarki, śledzeniu komunikatów sadowniczych i trafieniu z zabiegiem we właściwy moment. Gdy go przegapi, ryzykuje stratę: deklaruje, że nie sięga potem po silne środki interwencyjne. Jego dzień obejmuje jeszcze dostawy, czasem pod drzwi klienta o wpół do drugiej w nocy. Rodzina odczuwa koszt tej decyzji w godzinach jego nieobecności.

Handel zamawia wygląd, sadownik ponosi ryzyko

Ten sam człowiek, który przywołuje 74 opryski, broni sadowników prowadzących intensywne uprawy. Opowiada o innym sąsiedzie, któremu zwrócono transport jabłek po znalezieniu śladów parcha w jednej skrzynce. Tir był już niemal załadowany. W jego relacji wymaganie nieskazitelnego wyglądu łączy się z cenami skupu, które nie nadążają za kosztami pracy. Większa wydajność staje się sposobem utrzymania gospodarstwa.

Tak działa presja selekcji i ceny: korzyść z jednolitego towaru przypada handlowi, a ryzyko odrzucenia dostawy pozostaje po stronie producenta. Sadownik zabezpiecza więc możliwość sprzedaży. W rozmowie Kamil wiąże ten mechanizm także z terminem zbioru: owoce mają wytrzymać transport i przechowywanie, dlatego bywają zrywane przed dojrzeniem. Klient ocenia później smak produktu, o którego wcześniejszym losie decydowały wymagania odbiorcy hurtowego.

Na poziomie całego rynku konsekwencją jest presja na szybszy i większy plon. Kamil wybiera stare podkładki i dłuższe oczekiwanie na owocowanie. O swoim Ligolu mówi: „Czekałem osiem lat, ale było warto”. To osiem lat, których nie widać przy porównywaniu dwóch cen za kilogram. Gospodarstwo musi jednak przetrwać także czas przed pierwszym zbiorem.

Cena powinna uwzględniać sposób uprawy

Uczciwa sprzedaż powinna pozwalać porównać sposób uprawy, dojrzałość i smak owoców oraz pracę potrzebną do ich uzyskania. Równie ważny jest standard po stronie handlu: wymagania jakościowe muszą iść w parze z ceną pozwalającą je spełnić. Oczekiwanie mniejszej liczby oprysków ma sens wtedy, gdy gospodarstwo może utrzymać się z takiej uprawy. Sama pochwała naturalności nie opłaci dodatkowej pracy ani strat w plonie.

Kamil wspomina klientkę, której jego jabłka przypomniały dzieciństwo. Smak można ocalić, jeśli człowiek, który go przywraca, będzie miał z czego żyć.

Mój newsletter

Nowe artykuły i pełne rozmowy prosto do Twojej skrzynki.

To, co warto wiedzieć, zanim stanie się oczywiste. Sprawdzone rozwiązania, produkty warte uwagi i mechanizmy, które zmieniają decyzje.