Krzysztof Strobel — strona główna
Artykuły / Rynek w praktyce
Rynek w praktyce

Ustawa, która ukarałaby noblistów!

Krzysztof Strobel16 lipca 2026Około 11 min czytania
Okładka artykułu

Po przeczytaniu ustawy nazwanej Lex Szarlatan przypomniałem sobie Stulecie chirurgów Jürgena Thorwalda. To książka o narodzinach współczesnej medycyny, ale także katalog rzeczy, które w swoim czasie uznawano za rozsądne, naukowe i zgodne z wiedzą. Chirurg operował w zakrwawionym fartuchu, bo brud na ubraniu świadczył o doświadczeniu. Lekarz przechodził z prosektorium do rodzącej kobiety bez mycia rąk. Wiercenie w ludzkim mózgu zostało uznane za osiągnięcie godne Nagrody Nobla.

Zamarłem, gdy zadałem sobie jedno pytanie: co by się stało, gdyby uchwaloną właśnie ustawę cofnąć o 10, 50, 100 albo 180 lat i zastosować do sporów, które wtedy rozstrzygały się w medycynie?

Odpowiedź jest przerażająca. Ustawa nie musiałaby chronić pacjentów przed błędem. Mogłaby chronić ówczesny błąd przed człowiekiem, który jako pierwszy go rozpoznał. Dzisiejsi nobliści, zanim zostali noblistami, mogli zostać uznani za ludzi szerzących nieprawdziwe informacje niezgodne z aktualną wiedzą medyczną. Państwo dostałoby narzędzie do napiętnowania ich właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzebowali prawa do kwestionowania opinii większości.

To nie jest zabawa w historię alternatywną. To test bezpieczeństwa prawa. Jeżeli ustawa działa dobrze tylko pod warunkiem, że urząd zawsze rozpoznaje prawdę, eksperci nie mają konfliktów interesów, a aktualna wiedza nigdy się nie myli, to nie jest bezpieczna ustawa. To akt wiary w nieomylność instytucji, a właściwie, to jest bezbrzeżna naiwność.

Sejm już ją uchwalił. Za głosowało 232 posłów, przeciw 34, a 162 wstrzymało się. Jest jeszcze Senat i Prezydent, więc istnieje szansa zatrzymanie tego szaleństwa. Ale wstrzymanie się 162 posłów w sprawie dotyczącej wolności debaty, ludzkich nazwisk, działalności gospodarczej i państwowego oceniania prawdziwości treści jest czymś więcej jak zaniechaniem. Jeżeli poseł w takiej sprawie nie potrafi powiedzieć „tak” albo „nie”, to po co przyszedł do pracy? Przecież podjęcie decyzji jest właśnie jego pracą za którą mu płacimy!

Gdyby Semmelweis miał przeciwko sobie nie tylko profesorów, ale również urząd

W wiedeńskim szpitalu położniczym Ignaz Semmelweis zauważył, że na oddziale obsługiwanym przez lekarzy umiera znacznie więcej kobiet niż na oddziale położnych. Lekarze przechodzili do pacjentek po wykonywaniu sekcji zwłok. Nie znano jeszcze współczesnej teorii drobnoustrojów, ale Semmelweis dostrzegł zależność. Wprowadzenie dezynfekcji rąk radykalnie obniżyło śmiertelność.

Dzisiaj opowiadamy tę historię jak baśń o zwycięstwie nauki. Pomijamy moment najważniejszy: kiedy Semmelweis mówił, że lekarze przenoszą śmiertelne zakażenie, jego twierdzenie było wymierzone w aktualną praktykę medyczną i autorytet środowiska. Mówił pacjentkom, że zagrożenie stanowi postępowanie uznawane przez lekarzy za normalne. Profesorowie nie widzieli bohatera przyszłych podręczników. Widzieli człowieka oskarżającego ich o zabijanie pacjentek.

Cofnijmy Lex Szarlatan do Wiednia z połowy XIX wieku. Urząd pyta ówczesnych ekspertów, czy Semmelweis rozpowszechnia prawdziwe informacje. Eksperci odpowiadają zgodnie ze stanem swojej wiedzy, pozycji i interesu oraz aktualną nauką - to, że to nie jest zgodne - cyt. Ustawę rozdział 13d:

AKTUALNĄ WIEDZĄ MEDYCZNĄ

Wystarczy, że organ uzna jego informacje za nieprawdziwe i/lub wprowadzające w błąd lub działalność przynoszącą mu korzyść osobistą w postaci pozycji zawodowej. I tyle! Koniec debaty naukowej.

Nobel, którego najpierw należałoby wpisać do rejestru

Przez znaczną część XX wieku chorobę wrzodową wiązano przede wszystkim ze stresem, stylem życia i nadmiarem kwasu. Australijscy badacze Robin Warren i Barry Marshall dostrzegli w żołądkach pacjentów bakterie, później nazwane Helicobacter pylori. Pomysł, że bakteria może przeżyć w kwaśnym środowisku żołądka i odpowiadać za zapalenie oraz dużą część choroby wrzodowej, spotkał się ze sceptycyzmem.

Marshall posunął się do eksperymentu na sobie. Wypił hodowlę bakterii, rozwinął objawy zapalenia żołądka, a później poddał się badaniom i leczeniu. W 2005 roku Marshall i Warren otrzymali Nagrodę Nobla za odkrycie bakterii Helicobacter pylori i jej roli w chorobie wrzodowej.

Ale Nobel pojawił się na końcu. Na początku byli dwaj ludzie podważający sposób rozumienia i leczenia choroby. Gdyby urząd oceniał ich wypowiedzi według wiedzy dominującej przed uznaniem odkrycia, stwierdziłby zapewne, że promują postępowanie niezgodne z aktualnym stanem wiedzy i podważają standardową terapię. Gdyby przypisał im wprowadzanie w błąd, zagrożenie i korzyść osobistą, dzisiejszy noblista dostałby najpierw państwową etykietę dezinformatora.

Nie twierdzę, że nastąpiłoby to automatycznie. Twierdzę, że uchwalone prawo tworzy możliwość takiej pomyłki i nie zawiera bezpiecznika proporcjonalnego do jej skutków. Ustawa potrafi precyzyjnie opisać wpisanie człowieka do rejestru i przekierowanie jego domeny. Nie potrafi równie precyzyjnie odpowiedzieć, jak odróżnić szarlatana od badacza, którego dane wyprzedziły konsensus.

Kiedy aktualna wiedza miała poparcie, autorytet i Nobla — lobotomia

Historia działa również w drugą stronę. Nie tylko odrzucano dobre odkrycia. Zdarzało się, że środowisko przyjmowało metody potworne.

W 1949 roku António Egas Moniz otrzymał Nagrodę Nobla za rozwój leukotomii przedczołowej, jednej z form lobotomii. Zabieg polegał na niszczeniu połączeń w mózgu i był stosowany wobec tysięcy ludzi. Wśród nich znajdowali się pacjenci cierpiący psychicznie, ale również osoby kłopotliwe dla rodzin i instytucji. Skutkami bywały trwała niepełnosprawność, utrata osobowości, zależność i śmierć.

Wtedy aktualna wiedza nie stała po stronie krytyka. Stała po stronie metody. Miała profesorów, szpitale, publikacje i Nagrodę Nobla. Człowiek ostrzegający, że metoda przedstawiana jako nowoczesna i terapeutyczna niszczy pacjentów, podważał postępowanie akceptowane przez większą część medycznego establishmentu.

To jest najbardziej brutalny test Lex Szarlatan. Ustawa może zostać wykorzystana nie tylko przeciw człowiekowi promującemu metodę odrzuconą przez medycynę. Jej definicja dezinformacji obejmuje również publiczne przedstawianie metody zgodnej z aktualną wiedzą medyczną jako zagrażającej życiu lub zdrowiu. Jeśli instytucja pomyli aktualną akceptację z prawdą, może oznaczyć krytyka właśnie wtedy, gdy ostrzega przed oficjalnie uznanym błędem.

Medycyna nie jest matematyką

6 lutego 2025 roku podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej Klaudiusz Komor powiedział: „Istnieje jedna medycyna, to jest tak jak matematyka - nie ma matematyki alternatywnej jak i nie ma medycyny alternatywnej”. Zdanie jest efektowne, ponieważ sugeruje, że spór został rozstrzygnięty samą analogią. Dwa plus dwa równa się cztery, a więc medycyna również ma jedną prawidłową odpowiedź, zaś wszystko poza nią jest albo błędem, albo oszustwem.

Tyle że medycyna nie jest matematyką. W matematyce twierdzenie wynika z przyjętych założeń i dowodu. W medycynie hipotezę konfrontuje się z obserwacją, doświadczeniem, badaniem klinicznym, statystyką i rzeczywistą reakcją organizmu. Najlepsza dostępna wiedza może być bardzo dobrze potwierdzona, ale pozostaje podatna na korektę przez nowe dane.

Sam Komor w tej samej wypowiedzi przyznał, że wiedza medyczna ewoluuje. Nie można mieć obu rzeczy naraz. Jeżeli medycyna jest jak matematyka, jej prawdy nie powinny zmieniać się wraz z nowymi obserwacjami. Jeżeli ewoluuje, nie jest jak matematyka. Jest nauką empiryczną, czyli metodą systematycznego wykrywania własnych błędów.

Profesor Andrzej Dragan ujmuje to jeszcze mocniej: „najcenniejszym składnikiem nauki jest wątpienie”. Nauka jest w swoim założeniu rebeliancka, ponieważ musi podważać to, co słyszy również z ust autorytetu. Mechanika kwantowa jest traktowana jako poprawny opis nie dlatego, że została ogłoszona prawdą urzędową, lecz dlatego, że przez sto lat tysiące bardzo zdolnych ludzi próbowały ją obalić i dotąd im się nie udało. Za skuteczne obalenie czekałby Nobel. To nie zakaz negowania chroni naukę. Chroni ją nieustanna możliwość negowania.

Dragan podał także znakomity test ekspertów. Geoffrey Hinton i Yann LeCun, dwaj wybitni badacze sztucznej inteligencji, spierają się o to, czy modele rzeczywiście rozumują, czy tylko odtwarzają wzorce. „A jako że obaj panowie nie mogą mieć racji, to zawartość bzdury w tej całej szamotaninie wynosi co najmniej 50 proc.” — zauważył Dragan. Co najmniej, ponieważ możliwe, że mylą się obaj.

Tytuł naukowy nie usuwa błędu. Panel ekspertów także go nie usuwa. Gdy dwóch wybitnych specjalistów twierdzi rzeczy wzajemnie sprzeczne, autorytet nie rozstrzyga prawdy. Potrzebne są dane, możliwość krytyki, kolejne eksperymenty i czas. Tymczasem Lex Szarlatan daje urzędowi narzędzia wywołujące skutek natychmiastowy, zanim spór zdąży wykonać pracę, dzięki której nauka odróżnia rację od autorytetu.

To nie jest ochrona nauki. To niebezpieczeństwo zamrożenia jej aktualnego stanu i nadania mu ochrony administracyjnej.

Adiunkt nie spiera się z profesorem na równych warunkach

Wyobraźmy sobie młodego lekarza albo adiunkta, który odkrywa błąd w uznanej terapii. Jego wyniki podważają pogląd profesora nauczającego tej metody od 20 lat. Formalnie spotykają się dwie hipotezy. W rzeczywistości spotykają się człowiek z wynikami i człowiek z instytucją.

Profesor ma nazwisko, uczniów, komisje, publikacje, dostęp do decydentów i dorobek oparty na prawdziwości obowiązującego standardu. Przyznanie racji adiunktowi może oznaczać nie tylko korektę poglądu, ale także pytania o wcześniejsze leczenie, granty, publikacje i kariery. Nie potrzeba łapówki, aby powstał konflikt interesów. Wystarczy ludzka potrzeba obrony własnego dorobku.

Teraz dodajmy urząd uprawniony do oceniania publicznych wypowiedzi według „aktualnej wiedzy medycznej”. Kogo zapyta? Młodego autora kontrowersyjnej hipotezy czy profesorów reprezentujących aktualny stan dziedziny? Czy opinie ekspertów będą jawne? Czy ujawnią oni konflikty interesów? Czy zostanie opublikowane zdanie odrębne? Czy ustawa gwarantuje bezpieczną przestrzeń dla hipotezy badawczej, krytyki metodologii, analizy działań niepożądanych i sporu akademickiego?

Nie gwarantuje. Uchwalony tekst nie ustanawia obowiązkowego niezależnego panelu naukowego, szczególnych zasad ujawniania konfliktów interesów, opinii mniejszościowej ani jednoznacznej ochrony debaty naukowej. Bardzo dokładnie opisuje rejestr i domenę. Znacznie mniej dokładnie opisuje, jak zapobiec pomyleniu naukowego buntownika z dezinformatorem.

Adiunkt nie musi zostać wpisany do rejestru, żeby ustawa odniosła skutek. Wystarczy, że uzna milczenie za rozsądniejsze od ryzyka. Najskuteczniejsza cenzura nie zostawia stosu zakazanych książek. Zostawia puste miejsce po badaniach, artykułach i pytaniach, których nikt nie odważył się opublikować.

Cel deklarowany: ochrona pacjenta. Metoda rzeczywista: administracyjne ustalanie ortodoksji

Ustawa tworzy dwa oddzielne tory. Pierwszy dotyczy praktyk pseudomedycznych. Pozwala żądać dokumentów, nakazywać zaprzestanie działalności, publikować informacje o podejrzeniu jeszcze przed zakończeniem postępowania i nakładać kary sięgające miliona złotych. Drugi dotyczy dezinformacji medycznej. Prowadzi do jawnego rejestru zawierającego nazwisko lub nazwę firmy, uzasadnienie wpisu i domenę. Operator internetu może zostać zobowiązany do przekierowania tej domeny na państwowe ostrzeżenie.

Milionowa kara nie jest automatycznym skutkiem wpisu do rejestru. Są to różne postępowania. Jednak jeden człowiek może zostać oceniony w obu torach: za usługę, którą wykonuje, oraz za treści, którymi ją opisuje. Wtedy urząd może uderzyć jednocześnie w działalność, reputację i możliwość komunikowania się z odbiorcami.

Ustawa stanowi również, że każdy może zawiadomić Rzecznika o podejrzeniu stosowania praktyki naruszającej zbiorowe prawa pacjentów, a przepis ten ma być odpowiednio stosowany do praktyk pseudomedycznych. Zgłaszający poświęca kilka minut. Zgłoszony musi znaleźć prawnika, zgromadzić dokumentację, opłacić ekspertów i tłumaczyć klientom, dlaczego zainteresował się nim urząd.

Ustawa nie tworzy przycisku „Zgłoś pseudomedycynę” w aplikacji mObywatel. Tworzy jednak prawne gniazdo, do którego taki przycisk można podłączyć. Wystarczy akcja społeczna, fala zgłoszeń albo zorganizowana kampania konkurenta. Tysiąc zawiadomień nadal nie jest tysiącem dowodów, ale dla urzędu, mediów i opinii publicznej wygląda jak tysiąc alarmów.

I tu pojawia się perfidia systemu. Obywatel pod hasłem ochrony pacjentów zostaje wciągnięty do współwykonywania aparatu kontroli. On dostarcza podejrzenie, urząd kwalifikację, eksperci uzasadnienie, operator przekierowanie domeny, a rynek wykonuje społeczną karę. Każdy robi tylko mały fragment. Nikt nie czuje się odpowiedzialny za człowieka zmiażdżonego przez całość.

Orwell potrzebował teleekranów i Ministerstwa Prawdy. My możemy zrobić to taniej. Obserwowani będą obserwowali się nawzajem, a państwo zachowa dla siebie prawo do nadawania podejrzeniu oficjalnej nazwy.

Najpierw ostrzeżenie, potem sąd

Najgroźniejszy przepis nie dotyczy miliona złotych. Pozwala Rzecznikowi podać do publicznej wiadomości informacje o podejrzewanej praktyce i jej prawdopodobnych skutkach jeszcze podczas postępowania, gdy istnieje uzasadnione podejrzenie zagrożenia zdrowia lub życia. Urząd może także przed zakończeniem sprawy wydać nakaz zaprzestania określonych działań. Decyzja otrzymuje rygor natychmiastowej wykonalności.

W praktyce oznacza to, że państwo najpierw wywołuje skutek, a obywatel później próbuje się bronić. Pacjent nie będzie czekał na sąd. Bank, ubezpieczyciel, platforma reklamowa, operator płatności i właściciel lokalu również nie. Zobaczą państwowe ostrzeżenie i odsuną się od człowieka, którego urząd uznał za ryzyko.

Dla dużej korporacji miesiąc sporu jest kosztem. Dla jednoosobowego gabinetu może być końcem działalności. Czynsz, raty, leasing i pensje nie dostają rygoru natychmiastowego wstrzymania. Nawet jeśli sąd po roku uzna, że urząd się pomylił, nie przywróci utraconych pacjentów ani zaufania.

Państwo może pomylić się tanio. Człowiek, wobec którego państwo się pomyliło, płaci od pierwszego dnia.

Za tą ustawą stoi lobbying. Pytanie brzmi: czyj w pełnym wymiarze

Po artykule „Jadłospis Twojego dziecka napisano w Oslo” nie mam już złudzeń, jak powstaje prawo (dodam, że i wcześniej złudzeń nie miałem). Najpierw pojawiają się pieniądze, fundacje, organizacje, raporty i eksperci. Potem dostęp do ministerstwa, rekomendacja i norma przedstawiana społeczeństwu jako bezstronny wynik nauki. W wykazanym przeze mnie łańcuchu współtwórcą zaleceń dotyczących żywienia dzieci okazał się między innymi podmiot powiązany z producentem leku na otyłość.

Dlatego twierdzę wprost: za Lex Szarlatan stoi lobbying. Jego część jest publiczna. Naczelna Izba Lekarska i Naczelna Rada Lekarska od dawna zabiegały o silniejsze narzędzia. Rzecznik NIL mówił o oczekiwanej możliwości walki ze „szkodliwymi treściami”. Powtórzę to słowo raz jeszcze - TREŚCIAMI. Przy Rzeczniku Praw Pacjenta działała rada, która oceniła 14 publikacji z Poczty Polskiej i zarekomendowała wycofanie ośmiu.

Nie wiem jeszcze, jak wygląda pełna sieć interesów, kto uzyska największy wpływ na wskazywanie ekspertów i kto ekonomicznie skorzysta na wypchnięciu mniejszych podmiotów z rynku. Nie będę wymyślał nazwisk bez dowodów. Ale się dowiem. Brak pełnej mapy lobby nie oznacza braku lobby. Oznacza jedynie, że śledztwo nie jest skończone.

To nie jest tylko szkodliwa ustawa

Po namyśle uważam, że słowo „szkodliwa” jest za słabe. Szkodliwe prawo źle rozwiązuje problem. Tutaj istnieje ryzyko wypaczenia samej metody, dzięki której społeczeństwo odróżnia wiedzę od przesądu.

Nauka nie polega na posłuszeństwie wobec aktualnej wiedzy. Polega na organizowaniu coraz lepszych prób jej obalenia. Aktualna wiedza zasługuje na zaufanie nie dlatego, że urząd zabrania jej kwestionować, lecz dlatego, że dotąd przetrwała uczciwe próby zakwestionowania. Odbierzmy możliwość buntu, a zostanie nie nauka, lecz doktryna z przypisami.

Lex Szarlatan może też stworzyć administracyjną ortodoksję, w której dominujący interes pomaga definiować prawdę, ktoś zgłasza odstępcę, urząd publikuje podejrzenie, a sąd przychodzi wtedy, gdy firma i nazwisko już nie istnieją.

To nie jest zwykłe ryzyko nadużycia. To możliwość destrukcji społecznej opartej na moralnym alibi: wszystko robimy przecież dla bezpieczeństwa pacjenta. Perfidia polega właśnie na tym, że przemoc zostaje podana jako opieka, a człowiek wciągnięty do współudziału może być przekonany, że wykonuje dobry uczynek.

Jedna rzecz, którą możesz zrobić dzisiaj

Drogi Czytelniku, przypomnij sobie dowolne przełomowe odkrycie medyczne. Cofnij je do chwili, gdy przeczyło aktualnej wiedzy, i zastosuj do jego autora tę ustawę.

Jeżeli po tym eksperymencie możesz spać spokojnie — napisz dlaczego. Jeżeli nie możesz — działaj. Zanim przyszły noblista trafi do rejestru.

Mój newsletter

Nowe artykuły i pełne rozmowy prosto do Twojej skrzynki.

To, co warto wiedzieć, zanim stanie się oczywiste. Sprawdzone rozwiązania, produkty warte uwagi i mechanizmy, które zmieniają decyzje.