Krzysztof Strobel — strona główna
Notki / Krzysztof Strobel
Rynek w praktyce · Notka · Krzysztof Strobel

Sprzeczność prawa. Obywatel płaci za błędy państwa | Prof. Mariusz Miąsko

Krzysztof Strobel1 listopada 2026

Prof. Mariusz Miąsko opisuje przepisy, które po połączeniu wzajemnie się wykluczają. Sprzeczność prawa jest w takiej sytuacji błędem jego konstrukcji. Dlaczego więc to obywatel ma płacić za ustalenie, jak z tej sprzeczności wybrnąć?

Sprzeczność prawa nie jest błędem obywatela

„Sam przepis nie jest niespójny, ale jak się je połączy, to one się wykluczają” — mówi Profesor, opowiadając o przekładaniu regulacji na kod komputerowy. To zasadniczy zarzut wobec jakości prawa: poprawność pojedynczego zapisu nie gwarantuje, że da się go pogodzić z resztą przepisów. Można wymagać od człowieka przeczytania dwóch sprzecznych nakazów. Nie można uczynić ich zgodnymi, grożąc mu karą.

W tym miejscu kończy się wygodne pouczanie, że obywatel powinien lepiej znać prawo. Znajomość wadliwej reguły nie usuwa jej wady. Przerzucanie na człowieka obowiązku znalezienia wyjścia z cudzej sprzeczności jest żądaniem, żeby naprawił pracę ustawodawcy, a następnie przyjął ryzyko, że urzędnik tej naprawy nie zaakceptuje. Państwo dostarcza problem. Obywatel ma dostarczyć rozwiązanie i jeszcze za nie odpowiadać.

Cudzy błąd, Twój rachunek

Koszt takiego układu ponosi konkretny człowiek. Musi poświęcić czas, zdobyć opinię, przygotować dokumentację, wyjaśnić swoją decyzję. W rozmowie zwracam uwagę właśnie na realne koszty dokumentacji wynikające z różnych interpretacji. To nie jest bezpłatna dyskusja o znaczeniu słów. Za każdą godziną wyjaśniania stoi godzina zabrana pracy, rodzinie albo odpoczynkowi. Pieniądze przeznaczone na obronę sposobu odczytania przepisu nie przestają być wydatkiem tylko dlatego, że urząd uznał go za konieczny.

W skali gospodarki oznacza to zużywanie pracy na obsługę wad reguł. Zamiast przygotowywać produkt, inwestycję czy usługę, trzeba przygotowywać kolejne uzasadnienie własnego działania. Koszt powstaje poza instytucją, która ustanowiła przepis. To wygodny mechanizm unikania odpowiedzialności: państwo może mnożyć wymagania, a wysiłek ich pogodzenia pozostawić tym, którzy muszą je wykonać. Im lepiej obywatel radzi sobie z absurdem, tym łatwiej ukryć, jak źle wykonano pracę u jego źródła.

Prawo wymaga kontroli jakości, nie posłuszeństwa wobec błędu

Postulat inżynierii prawa, o którym mówi Prof. Mariusz Miąsko, uderza w to przyzwyczajenie. Przepisy mają tworzyć spójny system, a droga od ich treści do rozstrzygnięcia ma poddawać się sprawdzeniu. Jednostka naukowa poświęcona temu zadaniu byłaby narzędziem. Celem jest sytuacja, w której prestiż urzędu nie wystarcza do obrony wadliwego rozumowania.

Mój standard jest prosty: państwo ma wykazać spójność reguł, które ustanawia, oraz zasadność rozstrzygnięć, które z nich wyprowadza. Na każdym szczeblu, w każdej sprawie administracyjnej, skarbowej i karnej. Wykryta sprzeczność ma uruchamiać naprawę prawa, a nie poszukiwanie interpretacji pozwalającej mimo wszystko obciążyć obywatela. Ani podpis, ani stanowisko nie mogą zwalniać z odpowiedzialności za logikę decyzji.

Obywatel nie jest bezpłatnym serwisem wadliwego państwa. Jeżeli władza każe mu naprawiać swoje błędy pod groźbą konsekwencji, nie egzekwuje szacunku do prawa — egzekwuje własny przywilej nieodpowiedzialności.

Mój newsletter

Nowe artykuły i pełne rozmowy prosto do Twojej skrzynki.

To, co warto wiedzieć, zanim stanie się oczywiste. Sprawdzone rozwiązania, produkty warte uwagi i mechanizmy, które zmieniają decyzje.