„Nie stać nas na spłatę odsetek” — mówi prof. Mariusz Miąsko o finansach państwa. Opisuje kolejne rządy zaciągające nowe zobowiązania, żeby opłacić koszt wcześniejszych. To zarzut wobec samego sposobu gospodarowania: państwo potrzebuje pożyczki już na utrzymanie długu, który zdążyło zgromadzić.
Kredytodawca nie wystawia świadectwa dobrego rządzenia
Najwygodniejsza odpowiedź na taki zarzut brzmi: pieniądze przecież są, płatności zostały wykonane. Tyle że dostęp do kolejnej pożyczki nie wyjaśnia, dlaczego zabrakło własnych dochodów. Dowodzi, że znalazł się ktoś gotowy udzielić finansowania. Robienie z tego dowodu gospodarności oznacza obniżenie wymagań wobec władzy do poziomu skutecznego pośrednika kredytowego.
Prof. Mariusz Miąsko sprowadza tę operację do zdania: „Dajcie mi pieniądze, żebym mógł wam zapłacić”. W tej formule mieści się cała zależność. Obsłużenie dotychczasowych zobowiązań wymaga powstania następnego. Sprawna organizacja tej operacji może być osiągnięciem technicznym. Nie odpowiada na pytanie, jak państwo ma wyjść z konieczności jej powtarzania.
Tu zaczyna się polityczne nadużycie: możliwość dalszego zadłużania staje się zastępczą miarą powodzenia. Dopóki kolejny przelew wychodzi, łatwiej bronić dotychczasowych decyzji i przedstawiać ich kontynuację jako odpowiedzialność. W tak ustawionej debacie wygodnie pomija się pytanie, dlaczego coraz większy dług ma uchodzić za dowód, że wszystko jest pod kontrolą.
Podatnik płaci także za wcześniejsze decyzje
Dla człowieka utrzymującego państwo odsetki oznaczają konkretny ciężar: część wspólnych dochodów trzeba przeznaczyć na koszt pieniędzy już pożyczonych. Tej samej złotówki nie da się jednocześnie wydać na obsługę długu i leczenie. Jeżeli brakującą kwotę pożyczy się ponownie, potrzeba jej wypracowania nie znika. Powstaje następne zobowiązanie.
W skali gospodarki stawką jest zdolność wytwarzania dochodów. Profesor wyraźnie odróżnia kredyt na inwestycje od pieniędzy przeznaczanych na konsumpcję i obsługę zadłużenia. Przywołuje infrastrukturę i energię jako obszary, w których inwestycje mogą poprawiać konkurencyjność przedsiębiorstw. Sens takiego wydatku polega na budowaniu przyszłych możliwości. Zapłacenie odsetek reguluje koszt przeszłości. Samo z siebie nie tworzy źródła dochodu.
Dlatego wrzucanie obu wydatków do jednego worka zaciera podstawową różnicę gospodarczą. Nie wystarczy powiedzieć, że dług jest narzędziem. Narzędzie trzeba jeszcze ocenić po zastosowaniu. Hasło o nowoczesnym finansowaniu nie zwalnia z rozliczenia, czy pożyczone pieniądze zwiększają zdolność państwa do utrzymania się, czy pozwalają tylko kontynuować model wymagający kolejnych pożyczek.
Rozliczenie zaczyna się od źródła pieniędzy
Standard powinien być jednoznaczny: ocena wydatku publicznego obejmuje jego cel, źródło finansowania i koszt zobowiązań, które po nim zostają. Ocena rządu obejmuje również to, czy wzmacnia gospodarkę zdolną te koszty udźwignąć. Ogłoszona kwota wydatków nie jest jeszcze wynikiem gospodarczym. Zdolność ich trwałego finansowania już nim jest.
Ten standard musi obowiązywać każdą ekipę. Profesor mówi o kolejnych rządach, a to odbiera wygodę sprowadzania problemu do win poprzedników. Przejęty dług trzeba obsługiwać. Za własne decyzje o jego powiększaniu również trzeba odpowiadać.
Państwa nie utrzymuje talent do pożyczania. Utrzymuje je praca ludzi. Władza, która myli jedno z drugim, wystawia obywatelom rachunek za własną niekompetencję.