Grzyby rozkładające ściółkę uwalniają związki zapachowe — zwraca uwagę prof. Bożena Muszyńska. Zapach lasu, którym cieszymy się podczas spaceru, ma więc związek także z pracą organizmów pod naszymi nogami. Ich obecność odczuwamy wcześniej, niż wypatrzymy kapelusz nadający się do koszyka.
Zapach lasu ma swoich współtwórców
Przy zbieraniu grzybów uwaga słusznie skupia się na rozpoznaniu konkretnego okazu. Jednak przeniesienie tej samej miary na całą wiedzę o grzybach pozostawia wiele poza zasięgiem wzroku. „Przyda się w kuchni” odpowiada na pytanie o nasz posiłek. Niewiele mówi o tym, co dany organizm robi w lesie.
Prof. Bożena Muszyńska opowiada w naszej rozmowie o grzybach jako organizmach rozkładających materię, żyjących w symbiozie i pasożytujących. Kiedy później mówi o spacerze, te role przestają być odległą wiedzą z podręcznika. Związki zapachowe uwalniane podczas rozkładu ściółki należą do otoczenia człowieka, który właśnie idzie między drzewami. „W lesie też robimy więcej kroków” — dodaje Pani Profesor. Obok ruchu wymienia zieleń i odprężenie. Korzystamy z całego miejsca, nawet jeśli przyszliśmy po jedną rzecz.
Użyteczność zaczyna się przed zbiorem
Skrót myślowy jest wygodny: wartość lasu oceniamy przez to, co można z niego wynieść. Wtedy liczy się grzyb, który trafi do kuchni, a proces jego życia interesuje nas przede wszystkim jako wskazówka, gdzie szukać następnego. Taki sposób patrzenia pomaga w zbieraniu. Zubaża jednak rozumienie miejsca, z którego korzystamy.
Stawką dla spacerującego człowieka jest zdolność zauważenia tego, co już ma wokół siebie. Jeżeli całe wyjście sprowadzi do znalezienia jadalnego okazu, łatwo przeoczy inne powody, dla których chciał tam być. Wiedza o zapachu ściółki niczego nie dodaje do lasu. Dodaje coś do naszej uwagi: pozwala rozpoznać związek między przyjemnym doświadczeniem a procesem, który dotąd pozostawał anonimowy.
Ta sama sprawa ma znaczenie dla popularyzacji nauki. Można zainteresować człowieka listą zastosowań: do zjedzenia, do wyprodukowania, do sprzedania. Sama lista pozostawia jednak odbiorcę z przekonaniem, że najważniejsza odpowiedź brzmi „do czego mi się przyda?”. Wyjaśnienie, co organizm robi w swoim otoczeniu, daje mu również możliwość zrozumienia zależności. To trudniejsze od podania kolejnej ciekawostki, bo wymaga połączenia kilku faktów w sensowną całość.
Wiedza powinna prowadzić z powrotem do doświadczenia
Dobry standard objaśniania przyrody widzę właśnie w tym połączeniu: nazwać proces, wskazać jego uczestników i pokazać, gdzie człowiek spotyka go na co dzień. Zachować przy tym rozróżnienie między funkcją organizmu w lesie a zastosowaniem, które sami dla niego znajdujemy. Wtedy informacja pozostaje z czytelnikiem również po zamknięciu książki — ma do czego wrócić podczas następnego spaceru.
Grzyb pozostawiony w ściółce nie staje się bezwartościowy z chwilą, gdy mijamy go obojętnie. To nasza odpowiedź o jego wartości może być jeszcze niepełna.