„Wtedy hasło niższe podatki byłoby natychmiast wszechobecne” — powiedziałem w rozmowie z prof. Mariuszem Miąsko. Zaproponowałem, żeby cały koszt zatrudnienia trafiał na konto pracownika, a on sam odprowadzał należności. To postulat zmiany prawa. Dziś sposób rozliczenia narzuca ustawodawca. Chciałbym, żeby jego udział w rachunku był równie widoczny jak nazwisko pracodawcy przy wypłacie.
Koszt zatrudnienia: nazwy nie zarabiają pieniędzy
Ustawodawca świadomie ustanawia podział obciążeń na część pracownika i pracodawcy. Cały rachunek musi jednak sfinansować firma. Zmiana etykiety nie tworzy dodatkowego źródła pieniędzy. Każdą złotówkę trzeba wypracować, zanim będzie można ją wypłacić albo odprowadzić.
Za przychodem stoją zdobyte zlecenia, wykonane zamówienia i ludzie. Właściciel organizuje firmę, ryzykuje i odpowiada za zobowiązania. Pracownicy wnoszą kompetencje, czas i wysiłek. Profesor przypomina o ogromnej pracy przedsiębiorców oraz o wspólnym udziale właścicieli i zespołów w tworzeniu gospodarki. Ustawodawca dokłada obowiązki. Czy kolejna rubryka na formularzu wykona choć część tej pracy?
Dwie strony biurka, ten sam ciężar
Pracownik ma prawo pytać, dlaczego na jego koncie zostaje tak mało. Przy tym samym całkowitym koszcie zatrudnienia każda złotówka podatku i składek pomniejsza kwotę dostępną do wypłaty. To nie znika od nazwania części obciążenia „pracowniczym”. Pracownik oddaje systemowi część wartości swojej pracy, choć nie widzi jej wcześniej jako wpływu na konto.
Właściciel musi znaleźć środki na cały koszt. Jeżeli obciążenia rosną, a wypłata ma pozostać taka sama, firma potrzebuje dodatkowych pieniędzy. Tych nie dopisze sobie do przychodu na wzór ustawodawcy dopisującego obowiązek. Musi na nie zarobić. Odpowiedzialność za wypłatę zostaje także wtedy, gdy klient się spóźnia, zamówień ubywa i kończy się spokojny miesiąc.
Po co więc opowiadać o tych ludziach tak, jakby interes jednego zaczynał się dopiero tam, gdzie drugi przegrywa? Uczciwa płaca wymaga firmy zdolnej ją wypłacić. Firma potrzebuje pracowników, których wysiłek ma sens także dla nich samych. Obciążanie pracy uderza w tę wspólną podstawę. Skłócenie ludzi jej nie odbuduje.
Ustawodawca ma stanąć obok własnego rachunku
W skali gospodarki mnożenie obciążeń oznacza, że więcej środków trzeba przeznaczać na wykonanie narzuconych zobowiązań. Przy ograniczonym budżecie mniej zostaje na podwyżki, zatrudnienie i rozwój. Właśnie dlatego sprzeciw wobec miażdżenia firm przez system powinien łączyć ludzi, którzy w nich pracują. Nie ma powodu, żeby autor obciążeń znikał z rozmowy o ich skutkach.
Domagam się czytelnego rachunku przy każdej zmianie: ile musi wypracować firma, ile otrzyma pracownik i ile pobierze państwo. Bez chowania całości za podziałem na strony, nazwy i kolejne formularze. Jeżeli ustawodawca ogłasza troskę o wynagrodzenia, powinien pokazać także koszt własnych decyzji. Razem z tym, kto będzie musiał go udźwignąć.
My mamy wykonać pracę, ponieść ryzyko i znaleźć pieniądze. Oni mają przynajmniej przestać przedstawiać dokładanie nam ciężarów jako własną zasługę.