Przez 52 lata kodeks pracy i kodeks cywilny funkcjonowały obok siebie — przypomina prof. Mariusz Miąsko w naszej rozmowie o prawie pracy. Profesor krytykuje opisywany mechanizm przekształcania współpracy między firmami i umów cywilnoprawnych w umowy o pracę. „Przypomniałem, że to jest gigantyczny krok wstecz” — mówi, przywołując swoje spotkanie w Głównym Inspektoracie Pracy.
W tej krytyce widzę problem wykraczający poza samą umowę. Państwo może oczekiwać od ludzi odpowiedzialności i jednocześnie systematycznie pozbawiać ich okazji do jej podejmowania. Później łatwo ogłosić, że obywatele wymagają dalszego prowadzenia za rękę. Tyle że wcześniej zabrano im możliwość działania po swojemu.
Prawo pracy nie powinno oduczać samodzielności
Dla mnie odpowiedzialność wymaga związku między decyzją a jej skutkiem. Człowiek rozważa warunki, dokonuje wyboru i odpowiada za zobowiązania, które przyjął. Kiedy wybór przejmuje urząd, a konsekwencje nadal ponosi człowiek, ten związek zostaje zerwany.
Pracownikowi czy przedsiębiorcy pozostaje dostosowanie się do decyzji podjętej gdzie indziej. Własne rozeznanie potrzeb, doświadczenie współpracy, uzgodnienia z drugą stroną mogą przestać mieć znaczenie. Uważam za wyjątkową bezczelność wymaganie od tak potraktowanego człowieka, żeby nadal zachowywał się jak w pełni samodzielny gospodarz swojego życia. Samodzielności nie da się zachować wyłącznie jako obowiązku ponoszenia konsekwencji.
Wygodny obywatel przestaje próbować
Jeżeli za każdą próbą znalezienia własnego rozwiązania stoi konieczność dopasowania się do coraz węższego zestawu dopuszczonych możliwości, pojawia się pokusa: po co szukać, skoro i tak rozstrzygną za mnie? W takim porządku wygodnie jest administrować zgodnością. Znacznie trudniej dostrzec pomysły, których nikt już nie próbował zrealizować. Właśnie dlatego za szczególnie groźny uważam koszt, którego nie widać w samym przepisie: rezygnację z inicjatywy.
W szerszej części naszej rozmowy profesor wiąże funkcjonowanie państwa z pracą przedsiębiorców i ich pracowników. To nadaje sporowi gospodarczą stawkę. Państwo oczekuje aktywności, która je utrzyma, ale ograniczając pole samodzielnych decyzji, może osłabiać tę aktywność u źródła. Trudno o bardziej jałową ambicję władzy: najpierw urządzić ludziom każdy krok, a później narzekać, że za mało wychodzą z inicjatywą.
Ochrona ma przywracać zdolność wyboru
Mój standard jest prosty: ochrona człowieka powinna zwiększać jego rzeczywistą możliwość decydowania. Tam, gdzie silniejsza strona wymusza warunki, potrzebna jest skuteczna ochrona przed przymusem. Gdy strony dokonują rzeczywistego wyboru, odbieranie im go wymaga wykazania konkretnej szkody i uzasadnienia ingerencji. Sam porządek w urzędniczej klasyfikacji nie jest korzyścią dla obywatela.
Władza, która konsekwentnie ćwiczy ludzi w posłuszeństwie, nie powinna potem wystawiać im ocen z samodzielności.