„Dlatego, że ojciec jest alkoholikiem i całej rodzinie odebrali samochód” — mówi prof. Mariusz Miąsko. W przywołanym przez profesora przykładzie matka zostaje bez transportu do szkoły czy lekarza. Bezmyślne przepisy mają tę właściwość: ich autor widzi sankcję, a człowiek, który niczego nie zawinił, musi poradzić sobie z jej skutkami.
Bezmyślne przepisy karzą szerzej, niż sięga wina
Przy odebraniu rodzinnego samochodu lista dotkniętych osób nie kończy się na kierowcy. Obejmuje także ludzi, którzy z tego auta korzystają i nie odpowiadają za jego zachowanie. Ustanawiając sankcję, trzeba więc rozpatrzyć cały łańcuch konsekwencji. Zatrzymanie myślenia na osobie sprawcy oznacza pominięcie pozostałych.
Dziecko nadal musi dotrzeć do szkoły. Wizyta u lekarza pozostaje potrzebna. Rodzina ma znaleźć inne rozwiązanie, poświęcić czas, przeorganizować obowiązki. To właśnie koszt, którego nie widać w samym brzmieniu przepisu. Niewinność nie zwalnia z jego ponoszenia.
Profesor mówi: „Tylko to jest stygmatyzacja ludzi za pomocą prawa”. W tej krytyce najważniejsze jest pytanie o osoby, których ustawodawca nie uwzględnił. Łatwo ogłosić surowość. Trudniej odpowiedzieć matce, dlaczego również ona ma ponosić konsekwencje cudzego czynu.
Państwo rozlicza obywatela. Kto rozlicza jakość prawa?
Podniesienie kary daje prosty komunikat: władza zareagowała. Ocena skutków wymaga znacznie więcej pracy. Trzeba ustalić, kogo przepis obejmie w praktyce, jakie problemy stworzy i czy nie przerzuci ciężaru na ludzi, którzy nie mieli wpływu na przewinienie. Surowość nie jest dowodem wykonania tej pracy.
W dalszej części rozmowy profesor krytykuje prawo, które nie uwzględnia kontekstu życia. To szerszy problem niż jedna sankcja. Jeżeli za miarę sprawności państwa przyjmiemy liczbę obowiązków i wysokość kar, przestaniemy pytać o jakość rozwiązań. Każdą porażkę będzie można wtedy obsłużyć następnym zaostrzeniem. Produkcja przepisów zastąpi odpowiedzialność za ich działanie.
Obywatela łatwo wskazać: nazwisko, naruszony obowiązek, konsekwencja. Przy złej regulacji trzeba odtworzyć decyzje jej autorów, przyjęte założenia i pominięte skutki. To trudniejsze rozliczenie. Tym bardziej potrzebne — inaczej cała precyzja państwa kończy się na ustalaniu winy podatnika.
Pensja z podatków zobowiązuje do myślenia
Parlamentarzyści i urzędnicy utrzymują się z pieniędzy ludzi, których życie regulują. Nie otrzymują tych pieniędzy za mnożenie przeszkód. Mają reprezentować obywateli i wykonywać pracę publiczną z uwzględnieniem jej skutków. Brak wyobraźni u prawodawcy nie może być usprawiedliwieniem, gdy od adresata prawa wymaga się przewidywania każdej konsekwencji.
Standard powinien być bezlitosny dla bylejakości: przed ustanowieniem przepisu jego autor ma pokazać, jaki problem rozwiązuje, kogo obciąża i co stanie się z osobami niewinnymi. To on powinien uzasadnić potrzebę kolejnego ograniczenia. Obywatel nie powinien dopiero po fakcie udowadniać, że ktoś urządził mu życie bez zastanowienia.
Podatnik nie finansuje władzy po to, żeby płacić za cudzą bezmyślność własną wolnością. Garstka ludzi z prawem do stanowienia przepisów nie dostaje tym samym prawa do lekceważenia milionów.