Od 20 do 60 groszy za kilogram jabłek. Tyle, jak mówi Kamil Andrzejczyk, płaci dziś skup. Tyle samo płacił dwadzieścia lat temu. „26 lat temu były praktycznie te same ceny co teraz” — mówi sadownik z pięciu hektarów, który zanim wszedł do sadu, był magistrem ekonomii i informatykiem.
Kamil nie narzeka. Liczy. W 2000 roku fryzjer brał 10 zł, dziś bierze 100. Elektryk brał 25 zł od punktu, dziś 250–300 zł. Dniówka pomocnika w sadzie kosztowała około 30 zł, dziś 300–400 zł, i nawet za 300 nikt nie chce przyjść. Dopisuję jedną liczbę urzędową: najniższa krajowa wynosiła w 2000 roku 700 zł, od stycznia 2026 roku 4806 zł.
Wszystko wokół sadu urosło kilka albo kilkanaście razy. „A produkty rolnicze stoją”.
Wyobraź sobie, że dostajesz dziś pensję z 2000 roku, a rachunki płacisz według cennika z 2026. Tak wygląda miesiąc sadownika.
Kto zjada różnicę
Każdy, kto kupuje jabłka w sklepie, wie, że na półce nie kosztują 20 groszy. Między skupem a kasą stoi cały łańcuch: pośrednicy, magazyny, transport, sieci. Znam ten łańcuch z własnej pracy w handlu. Każde ogniwo ma swoje koszty i swoją marżę. Tylko pierwsze ogniwo, sadownik, od ćwierć wieku dostaje tę samą stawkę.
To nie jest spisek. To jest arytmetyka siły. Kto sprzedaje tonami i nie ma chłodni ani przechowalni, ten bierze cenę, którą mu dadzą. Kamil nie ma ani chłodni, ani przechowalni. Na pomoc w ich zakupie jest za mały.
Rachunek, który trafia na talerz
Co robi człowiek, któremu koszty rosną dziesięć razy, a przychód stoi? Albo zamyka gospodarstwo, albo szuka oszczędności. W sadzie najtańsza oszczędność ma postać opryskiwacza. Oprysk zamiast rąk, których nie ma. Nawóz zamiast czasu. Wydajność zamiast smaku. Kamil broni sąsiadów, choć sam idzie inną drogą: „To nie jest wina sadowników, że tak robią. Jeżeli by tego nie robili to wszyscy by zbankrutowali”.
Rachunek dla człowieka jest więc prosty: tanie jabłko w skupie wraca do kupującego jako jabłko z sadu, w którym chemia zastąpiła ręce. Rachunek dla rynku jest dłuższy. Rekordziści zbierają dziś, jak mówi Kamil, nawet 120 ton z hektara i często nie mają z czego spłacać kredytów. Małe sady znikają albo przechodzą na chemię. Zostają ci, którzy wyciskają z hektara najwięcej.
Cena u producenta to też wskaźnik jakości
Standard da się nazwać wprost. Rozmowa o jakości żywności, która pomija cenę płaconą producentowi, to rozmowa o skutkach bez przyczyny. Kupujący ma prawo wiedzieć, ile z ceny jabłka trafia do tego, kto je wyhodował. A cena skupu, która od ćwierć wieku nie pokrywa kosztu pracy, powinna być sygnałem alarmowym dla każdego, kto mówi o zdrowej żywności.
Sad został w 2000 roku. Rachunek przyszedł w 2026. I płacimy go wszyscy, tylko nie w złotówkach.