Krzysztof Strobel — strona główna
Notki / Krzysztof Strobel
Rynek w praktyce · Notka · Krzysztof Strobel

Państwo liczy papiery, nie pestycydy. Chora biurokracja w sadzie – Kamil Andrzejczyk

Krzysztof Strobel26 września 2026

Zero pozostałości pestycydów w jabłkach — tyle, jak mówi Kamil Andrzejczyk, pokazują za każdym razem jego badania laboratoryjne. Kontrola Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i tak zagroziła mu karą. Nie za to, co było w owocach. Za brak zeszytu z opryskami.

Kamil prowadzi sad na pięciu hektarach, pryska miedzią i siarką, trawę pod drzewami kosi zamiast ją wypalać. Mówi, że groziło mu 10 tysięcy złotych. Obronił się, a całą historię zamyka jednym zdaniem: „Tak więc to taka biurokracja, która czasami jest chora”.

Przepis jest jasny. Skandaliczna jest miara

Nie ma co udawać, że obowiązku nie ma. Każdy, kto zawodowo stosuje środki ochrony roślin, prowadzi ewidencję zabiegów i przechowuje ją trzy lata. Tak stanowi art. 67 unijnego rozporządzenia 1107/2009. Preparat miedziowy też jest zarejestrowanym środkiem ochrony roślin, więc przepis obejmuje Kamila tak samo jak każdego. On sam to przyznaje: „Tak, ale on musi być. Musi być”. Za brak ewidencji ustawa o środkach ochrony roślin przewiduje grzywnę, a Kodeks wykroczeń ustala ją na 20–5000 zł.

Skandalem nie jest przepis. Skandalem jest miara. Pięć hektarów koszonej trawy, miedź i siarka wypełniają ten sam zeszyt i czekają na tę samą kontrolę co przemysłowy gigant z kilkudziesięcioma opryskami w sezonie. Urząd liczy papiery. Trucizny już nie liczy. Tej kontroli nie obchodzi, co zostało w owocu, który trafi na Twój stół.

Na pomoc za mały, na kontrolę w sam raz

Ta sama miara działa tylko w jedną stronę. Kiedy Kamil chce kupić chłodnię, przechowalnię albo nowy ciągnik, słyszy, że pięć hektarów to za mało. Nie spełnia progu ekonomiczności, więc wsparcia nie dostanie. Jego opryskiwacz ma 45 lat, ciągnik 40. Kiedy jednak przychodzi kontrola, pięć hektarów nagle wystarcza, żeby odpowiadać jak duży.

Duże gospodarstwo ma ludzi, programy i czas na papiery. Mały sad ma sadownika, który zrywa owoce od dziewiątej, a do nocy rozwozi je po Polsce. System, który mierzy zgodność dokumentów, a nie wynik, nagradza więc nie tego, kto pryska najmniej, tylko tego, kto najsprawniej wypełnia rubryki.

A rubryk przybywa. Prof. Mariusz Miąsko, prawnik, mówi w moim podcaście, że w Polsce przybywa co roku 33 tysiące stron nowych przepisów. „Nie ma takiego człowieka, nie ma takiej pojemności obliczeniowej w ludzkim mózgu. Nawet Einstein by tego nie potrafił przyswajać co roku”. O przepisach, które mnożą obowiązki i kary, mówi bez znieczulenia: są „niczym innym jak podatkiem, łupieniem ludzi i temperowaniem całych populacji”. I dodaje zdanie, pod którym podpisze się każdy sadownik po kontroli: „Ja ewidentnie czuję, że jestem zwierzyną łowną”.

Od 2027 roku ewidencja ma być wyłącznie elektroniczna, a według zapowiedzi przez pierwsze lata kontrola ma kończyć się pouczeniem. To nie jest ulga. To okres oswajania: najpierw obowiązek, potem kara, później wyższa kara.

Rachunek dla człowieka jest prosty: sadownik płaci czasem, nerwami i ryzykiem kary za to, że pryska najmniej. Rachunek dla rynku jest groźniejszy. Jeśli prawo nie odróżnia skali i nie widzi wyniku, najpierw znikają małe sady, czyli te, które stosują najmniej chemii. Na półce zostaje towar od tych, którzy najlepiej radzą sobie z papierami.

Prawo ma mierzyć jabłko, a nie tylko zeszyt

Standard da się nazwać wprost. Obowiązki i kontrole mają rosnąć razem ze skalą produkcji i liczbą zabiegów, a nie spadać z tą samą siłą na pięć hektarów i na przemysłowego giganta. Wynik badania pozostałości ma liczyć się co najmniej tak samo jak zeszyt. A państwo, które odmawia małemu gospodarstwu pomocy, bo jest za małe, nie może go karać jak dużego.

Na pomoc jest za mały. Na karę w sam raz.

Mój newsletter

Nowe artykuły i pełne rozmowy prosto do Twojej skrzynki.

To, co warto wiedzieć, zanim stanie się oczywiste. Sprawdzone rozwiązania, produkty warte uwagi i mechanizmy, które zmieniają decyzje.