Nawet za cztery, pięć razy wyższą stawkę nikt nie przyjdzie przebierać owoców w sadzie Kamila Andrzejczyka. Tak mówi sam sadownik, który nie stosuje środków chwastobójczych ani ostrych oprysków interwencyjnych. Owoce bez chemii trzeba obejrzeć ręcznie, jeden po drugim, a do tej pracy brakuje ludzi.
Owoce bez chemii nie zrywają się jak z taśmy
W sadzie, w którym chemia pilnuje każdego owocu, zbiór przypomina linię produkcyjną. Kamil opisuje to bez złośliwości: „Ludzie się przyzwyczaili, że jak idziesz do sadu, to zrywasz wszystko jak automat, jak robot. Wszystko jest perfekcyjne. U mnie nie”. U niego trafiają się śliwki spleśniałe i nadgniłe, tak samo jabłka i truskawki. Każdą skrzynkę trzeba przejrzeć, zanim trafi do klienta. „Takie sady są skończone, chemizacja to zniszczyła” – mówi.
Oprysk wykonuje część pracy, zanim owoc spadnie do skrzynki. Tam, gdzie oprysku nie ma, tę pracę musi wykonać człowiek. A człowieka nie ma, bo, jak mówi Kamil, dzień pracy pomocnika w sadzie kosztuje dziś 300–400 zł, a i tak trudno kogoś znaleźć.
Rodzina jako ukryta dopłata do ceny
Lukę wypełnia rodzina. Kamil zaczyna o dziewiątej i do czternastej zrywa owoce. Chłodni ani przechowalni nie ma, więc tego samego dnia rozwozi je sam, od domu do domu, nawet do drugiej w nocy. W sadzie pracuje z nim mama. Ma 63 lata i bolą ją stawy, ale kiedy on napełni jedną skrzynię jabłek, ona napełnia trzy. „Jestem jej bardzo wdzięczny, bo bez tego było bardzo ciężko” – mówi.
Tę pracę trudno przeliczyć na złotówki, a jednak ktoś ją wykonuje za darmo. Z punktu widzenia rynku to ukryta dopłata do ceny owocu. Kupujący płaci za jabłko, a nie płaci za godziny mamy, która je przebrała. Kamil wspomina też szkołę z Pruszkowa, która pomogła mu w roku, gdy jabłek było dużo, i klientów, którzy dokładają rąk. Dodaje jednak, że takich ludzi jest coraz mniej, bo wszyscy są coraz bardziej zapracowani.
Rachunek dla człowieka jest prosty: owoc bez chemii kosztuje czyjeś siły, czas i noce za kierownicą. Rachunek dla rynku jest dłuższy. Jeśli pracy rąk nie da się opłacić, sady prowadzone tak jak sad Kamila przetrwają tylko tak długo, jak długo starczy sił rodzinie. Potem zostanie wybór między opryskiem a porzuceniem uprawy.
Owoc bez chemii potrzebuje ceny, która zapłaci za ręce
Standard da się nazwać wprost. Cena owocu z małego sadu bez chemii ma obejmować pracę człowieka, który go przebrał. Kupujący, który chce takich owoców, powinien akceptować drobną skazę jako znak, że nikt nie wymusił ideału opryskiem. A mówiąc o rolnictwie bez chemii, trzeba mówić także o ludziach, którzy mają tę pracę wykonać.
Oprysk nie ma rodziny, której mógłby zabraknąć sił. Sad bez oprysku ma.