Od 20 do 60 groszy za kilogram jabłek płaci dziś skup, mówi Kamil Andrzejczyk, podobnie jak przed ćwierć wiekiem. Dzień pracy pomocnika w sadzie kosztował w 2000 roku około 30 zł, dziś 300–400 zł. Między tymi dwiema liczbami leży pas herbicydowy: goła, czysta ziemia pod jabłoniami, którą na zdjęciach sadów bierzemy za znak porządku.
Kamil prowadzi pięć hektarów, w tym stary sad po dziadku, i środków chwastobójczych nie stosuje. Pod jego drzewami trawa rośnie czasem po dwa metry. Kiedy pytam, co oznacza sucha ziemia w innych sadach, odpowiada bez wahania: sadownik użył herbicydów, najczęściej Roundupu, „żeby wypalić to zielsko”.
Pas herbicydowy zastępuje człowieka z kosiarką
Kamil kosi trawę pod drzewami sam i nazywa to największym kosztem w swoim sadzie. Pracowników nie ma. Mówi, że do niego nikt nie przyjdzie nawet za cztery, pięć razy wyższą stawkę, bo owoce trzeba ręcznie przebierać. Pomaga mu mama, która ma 63 lata. On wychodzi o dziewiątej, wraca o 22 albo 23.
W sadzie przemysłowym ten sam problem rozwiązuje oprysk. Najniższa krajowa wynosiła w 2000 roku 700 zł, od stycznia 2026 roku to 4806 zł. Cena jabłka w skupie, według Kamila, nie ruszyła się w tym czasie prawie wcale. Przy takim rachunku herbicyd przestaje być wyborem, a staje się oszczędnością: zastępuje ręce, na które nie ma pieniędzy.
Do ceny dochodzi wygląd. Kamil opowiada o sąsiedzie, któremu po znalezieniu dwóch owoców z parchem w jednej skrzynce wrócił cały tir jabłek. „System zmusił do tego” — mówi. I choć sam poszedł inną drogą, broni tych, którzy pryskają: „To nie jest wina sadowników, że tak robią. Jeżeli by tego nie robili to wszyscy by zbankrutowali”.
Kto zyskuje na czystej ziemi pod drzewami
Zyskuje każdy, kto stoi dalej w łańcuchu. Odbiorca dostaje równy, tani towar. Kupujący płaci przy kasie mało i widzi jabłko bez skazy. Ryzyko zostaje w gospodarstwie: kredyt na wydajność, zwrócona dostawa, praca po nocach. Kamil mówi, że rekordziści zbierają dziś do 120 ton z hektara i często nie mają z czego spłacać kredytów.
Rachunek dla człowieka wygląda tak: tanie jabłko na półce pochodzi z sadu, w którym chemia zastąpiła ręce, a tego, co działo się pod drzewem, przy półce nie widać.
Rachunek dla rynku jest dłuższy. Przed wejściem Polski do Unii, według Kamila, z hektara zbierało się 20–30 ton przy 20–30 opryskach w roku. Jego dziadek w latach 60. stosował na szkodniki jeden oprysk. Z dzisiejszej perspektywy tamto sadownictwo było bliżej tego, co nazywamy ekologicznym. Dziś małe gospodarstwo, takie jak jego, nie dostaje wsparcia, bo pięć hektarów to za mało na próg ekonomiczności. Premię dostaje skala, a skala wymaga chemii.
Uczciwa cena to warunek sadu bez chemii
Standard da się nazwać wprost. Cena skupu ma pokrywać koszt pracy, którą dziś zastępuje oprysk. Wsparcie ma trafiać także do małych gospodarstw, które wybierają kosiarkę zamiast herbicydu. A kupujący, który chce jabłek z czystego sadu, powinien wiedzieć, że czysty sad to sad z trawą pod drzewami.
Na półce widać, ile kosztuje jabłko. Pod jabłonią widać, ile kosztuje człowiek.