Około 13 milionów obowiązujących przepisów i 33 tysiące stron nowych polskich regulacji rocznie — takie szacunki przywołuje prof. Mariusz Miąsko. To liczby przekraczające możliwości poznawcze człowieka. Jeszcze groźniejsze jest jednak to, że nawet człowiek, który przeczytał właściwy przepis, nie musi wiedzieć, jakie znaczenie nada mu urząd albo sąd.
Entropia prawa: ten sam początek, różne wyniki
Entropia prawa nie oznacza po prostu bałaganu ani dużej liczby paragrafów. Opisuje niepewność powstającą wtedy, gdy z tych samych przepisów i okoliczności można wyprowadzić wiele norm oraz rozstrzygnięć. Im więcej dopuszczalnych dróg interpretacji i im słabiej ustalona ich kolejność, tym trudniej przewidzieć wynik działania państwa.
Przepis jest dopiero materiałem, z którego za pomocą reguł wykładni odtwarza się normę prawną. W rozmowie pada zdanie: „Do tego nie mamy ustalonego katalogu wykładni prawa, do tego nie mamy paradygmatu wykładni prawa, więc jest to system chaosu”. Ten sam tekst może zatem przejść przez odmienne reguły zastosowane w różnej kolejności i zakończyć się inną decyzją administracyjną albo innym wyrokiem. Maszyna produkuje przepisy, lecz nie gwarantuje powtarzalnego wyniku.
Urząd zachowuje swobodę. Obywatel przejmuje ryzyko
W rozmowie pojawia się przykład inwestycji wartej 40 milionów złotych. Przedsiębiorca czyta przepis, otrzymuje wynik X, angażuje pierwsze 10 milionów i rozpoczyna projekt. Później przychodzi urząd, który z tego samego przepisu otrzymuje wynik Y. Urzędnik ryzykuje cudzym przedsięwzięciem. Przedsiębiorca — własnym kapitałem, podpisanymi umowami i miejscami pracy.
Na tym polega gospodarczy koszt entropii prawa. Nie obejmuje wyłącznie kar, odwołań i wieloletnich postępowań. Tworzą go również inwestycje, których nikt nie rozpoczął, ludzie, których nie zatrudniono, oraz produkty, których nie wprowadzono na rynek, ponieważ przyszłej interpretacji urzędu nie dało się wkalkulować w żaden rozsądny biznesplan. Tych strat nie widać w statystykach. Widać za to gospodarkę, która coraz ostrożniej wykonuje każdy ruch.
System zachowuje przy tym wygodną asymetrię. Interpretator wybiera drogę prowadzącą do wyniku, ale konsekwencje tego wyboru ponosi człowiek, którego sprawa została rozstrzygnięta. Obywatel ma nazwisko, majątek i termin na odwołanie. System ma procedurę oraz kolejny numer sprawy.
Standardem musi być jawna droga od przepisu do normy
Porządek prawny nie polega na tym, że osoba wydająca decyzję zapewnia o własnej pewności. Powinna przedstawić pełną drogę od przepisu do normy: użyte reguły wykładni, kolejność ich zastosowania oraz uzasadnienie odrzucenia innych możliwych wyników. Dopiero wtedy obywatel może sprawdzić nie tylko rozstrzygnięcie, lecz także mechanizm, który je wytworzył.
Prawo ma pozwalać przewidzieć wynik przed podjęciem decyzji. Jeżeli jego znaczenie poznajemy dopiero z pisma urzędu albo wyroku sądu, nie dostaliśmy reguły. Dostaliśmy rezultat cudzej władzy.