400 godzin pracy. Jedna naprawa i nie ma za co żyć. Kamil Andrzejczyk
Odcinek solo.

O odcinku
400 godzin pracy w miesiącu podczas sezonu truskawkowego, około 6 tysięcy złotych zarobku i jedna naprawa samochodu, po której nie ma z czego żyć — tak swoją sytuację opisuje sadownik Kamil Andrzejczyk. W drugiej części rozmowy odsłania rachunek za produkowanie jedzenia w Polsce: rosnące koszty, niepewną zapłatę i pomoc, która potrafi skończyć się na niewłaściwym formularzu.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Kontakt do Pana Kamila Andrzejczyka:
tel. 500 625 932
https://www.facebook.com/DziadkowySadTradycjiSmak
ZOSTAŃMY W KONTAKCIE
Krzysztof Strobel
🌐 Strona i artykuły
https://www.facebook.com/profile.php?id=100078521840488
https://www.linkedin.com/in/krzysztofstrobel
🎬 TikTok
https://www.tiktok.com/@krzysztof.strobel
☕ Wirtualna Kawa:
Jeśli cenisz te rozmowy, możesz wesprzeć powstawanie kolejnych, stawiając wirtualną kawę.
Dziękuję za wsparcie!
Żywiciel kraju też musi z czegoś żyć. Brzmi jak oczywistość, dopóki nie posłucha się człowieka, który dostarcza owoce klientom, a potem pożycza od nich pieniądze na utrzymanie. Kamil mówi o około 20 tysiącach złotych rocznie. Ludzie, którzy kupują jego owoce, pomagają mu pozostać na rynku. W tej historii wdzięczność wobec klientów spotyka się z bezsilnością wobec warunków pracy.
Wracamy do 2018 roku i jabłek po 8 groszy za kilogram na skupie. Kamil opowiada o 40 tonach owoców pozostawionych w sadzie, bo nie opłacało się ich zebrać. Chciał oddać je instytucjom charytatywnym — bez skutku. Gdy jabłka zamarzły i nie opadły, trzeba było zrywać je zimą, żeby ratować kolejny plon. Nawet strata wymagała dodatkowej pracy.
Rozmawiamy o imporcie owoców w środku polskiego sezonu, zamykaniu niezależnych sklepów i znikających drogach sprzedaży dla lokalnych producentów. Gdy znika sklep, sadownik traci odbiorcę. Ty tracisz jedno z miejsc, w których mogłeś kupić jego owoce. Za hasłem „lokalna żywność” stoją konkretne gospodarstwa, sklepy i ludzie. Bez nich zostaje samo hasło.
„Dlaczego się nie ubezpieczył?” Kamil odpowiada kwotami, które usłyszał: 1700 i 2500 złotych za hektar. Przy pięciu hektarach droższa oferta oznaczała 12,5 tysiąca złotych rocznie. Opowiada też o utracie 90 procent zbiorów i zerowej pomocy, którą — jak mówi — wtedy otrzymał. Między wyobrażeniem o rolniczych dopłatach a jego doświadczeniem otwiera się przepaść.
Jest również historia instalacji fotowoltaicznej z magazynem energii, sfinansowanej przez klientów. Kamil miał oddać im część kosztów po uzyskaniu wsparcia z programu Mój Prąd 6.0. Według jego relacji po roku i miesiącu oczekiwania pojawił się problem: protokół odbioru sporządzono na innym druku. Instalacja działała. Pomoc nie zadziałała. Dwa odwołania nie zmieniły wyniku.
Pytamy, ile jeszcze można dokładać do pracy, zanim zabraknie pieniędzy i sił. Wracamy do rachunków za energię, kosztów napraw, zatrudnienia oraz dokumentacji, która zabiera czas potrzebny na prowadzenie firmy. Kamil mówi o ludziach, którzy ciężko pracują, a mimo to coraz trudniej wiążą koniec z końcem. O klientach, którzy przestali przyjeżdżać do gospodarstwa. I o małych producentach, których pracy młodsze pokolenie nie chce już przejmować.
Pierwsza część była o opryskach, smaku i wysiłku w sadzie. Druga stawia pytanie, jak długo człowiek może ten wysiłek finansować. Bo kiedy producent rezygnuje, na jego odejściu nie kończy się tylko jego historia. Zmienia się również Twój wybór przy zakupach.
Co się stało z gospodarstwami i małymi sklepami, od których kupowaliście jedzenie w swojej okolicy?
Krzysztof Strobel — podcast. Nowe odcinki co tydzień.

