Takie dwie możliwości podała aplikacja w próbie, o której opowiada prof. Bożena Muszyńska. „I koniec komentarza” — dodaje. W tej odpowiedzi jest wszystko, co powinno zatrzymać rękę sięgającą po nieznany grzyb. Telefon wyświetlił nazwy. Człowiek nadal nie wie, co znalazł.
Przywykliśmy, że brak wiedzy można usunąć w kilka sekund. Wpisujemy pytanie, robimy zdjęcie, otrzymujemy odpowiedź. To ogromna wygoda, dopóki pamiętamy, że przeczytać nazwę i umieć rozpoznać gatunek to dwie różne rzeczy. Prof. Bożena Muszyńska mówi o zapachu, przekroju i szczegółach budowy grzyba. Wskazuje, ile informacji wymaga rozpoznanie; nie daje prostego testu jadalności. Aplikacja może skrócić czas oczekiwania na podpowiedź. Nie skraca przez to drogi, którą trzeba przejść, żeby samodzielnie odróżniać gatunki.
Dlatego moja zasada jest prosta: nie używam aplikacji do rozpoznawania grzybów, które zamierzam zebrać do jedzenia. Zbieram tylko to, co dokładnie znam. Jeśli znam jeden gatunek, zbieram jeden. Drugiego nauczę się później. W takim podejściu jest miejsce na ciekawość, naukę i kolejne wyprawy. Nie ma przymusu, żeby każdą nowość napotkaną w lesie od razu przynieść do kuchni. Nieznany grzyb może pozostać powodem do nauki, bez stawania się składnikiem obiadu.
Najtrudniejsze bywa uznanie, że na dziś wiemy wystarczająco dużo, żeby zebrać mniej. Szczególnie gdy inni mają pełne koszyki, a w telefonie czeka narzędzie gotowe natychmiast pomóc. Tyle że sprawność aplikacji w innych zadaniach nie daje podstaw do powierzenia jej zdrowia i życia. Koszt pomyłki nie zostaje na ekranie. Ponosi go człowiek. Zostawienie grzyba, którego nie znam, niczego mi nie odbiera: mogę wrócić, kiedy będę umiał go rozpoznać. Uczyć się wolniej, niż pozwala technologia podpowiadać, to czasem bardzo rozsądne tempo.
Obejrzyj całą moją rozmowę z prof. Bożeną Muszyńską: