Obywatel nadal utrzymuje urząd, lecz coraz częściej musi uzasadniać przed nim, dlaczego chce sam decydować o własnej pracy. Człowiek, któremu powierzono obowiązki, zaczyna wyznaczać granice samodzielności temu, wobec kogo je ma.
Prof. Mariusz Miąsko przypomina w naszej rozmowie 52 lata współistnienia kodeksu pracy i kodeksu cywilnego. Opisuje możliwość korzystania z umów o pracę i umów cywilnoprawnych, zależnie od sytuacji. Krytykuje kilku decydentów podważających tę praktykę. „Nie było tak nawet za socjalizmu” — mówi o ataku na możliwość zatrudniania na podstawie umów cywilnoprawnych.
Dla mnie szczególnie wymowny jest moment, w którym potrzeby człowieka przegrywają z przekonaniem urzędnika, że potrafi je określić lepiej. Żeby komuś pomóc, trzeba poznać jego położenie. Żeby rozstrzygnąć za niego, wystarczy mieć uprawnienie. Ta różnica pozwala ominąć najtrudniejszą część służby: wysłuchanie człowieka, którego sytuacja nie pasuje do gotowej odpowiedzi. Przepis może wtedy wyglądać coraz porządniej, choć życie pod nim staje się coraz trudniejsze.
Nie uznaję pensji z publicznych pieniędzy za zapłatę za nieomylność. Widzę w niej zobowiązanie do pracy na rzecz ludzi, którzy te pieniądze wypracowują. Jeżeli ich rozeznanie można odrzucić samym powołaniem się na urząd, służba staje się relacją jednostronną: obywatel ma obowiązek utrzymywać decydenta, a decydent przyznaje sobie prawo do pomijania obywatela. Człowiek pozostaje wystarczająco kompetentny, żeby zarobić na państwo. Na wybór własnej umowy najwyraźniej już nie.
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel