Na własne grzyby trzeba już poczekać. Między tymi dwiema chwilami jest miejsce na coś, czego paragon nie potrafi za nas załatwić: regularną uwagę.
Prof. Bożena Muszyńska mówi w moim podcaście o domowych zestawach do uprawy i podkreśla, żeby trzymać się wskazówek producenta. Ta prosta uwaga przywraca właściwą kolejność. Najpierw poznajemy wymagania, potem opiekujemy się uprawą, wreszcie zbieramy. Dopisek „gotowy” na pudełku skraca przygotowania. Dalszą część trzeba wykonać samemu.
W zakupach łatwo pomylić dostęp do czegoś z umiejętnością korzystania z tego. Możemy kupić nasiona, sprzęt do ćwiczeń, książkę do nauki języka. Płatność zamyka transakcję, lecz dopiero otwiera zajęcie, na które się zdecydowaliśmy. Przy jedzeniu ten związek bywa szczególnie mało widoczny, bo sklep oddaje nam produkt po całej pracy potrzebnej do jego powstania. Domowa uprawa pozwala wejść kawałek wcześniej.
Nie trzeba z tego robić programu samowystarczalności. Wystarczy zwykła ciekawość: zobaczyć, jak rośnie to, co znamy z kuchni. Jednak także małe przedsięwzięcie potrzebuje miejsca w codziennym życiu. Własne pieczarki będą wymagały uwagi obok pracy, zakupów i innych obowiązków. Uważam, że właśnie ten skromny wymiar jest wart namysłu: czy chcemy tylko efektu, czy również zajęcia, które do niego prowadzi?
Odpowiedź może być różna. Ktoś wybierze własną uprawę, ktoś inny świeże grzyby od producenta. W obu przypadkach dobrze wiedzieć, gdzie kończy się wygoda zakupu, a zaczyna praca przy jedzeniu. Pudełko można przynieść do domu. Cierpliwość trzeba już mieć własną.
Cała moja rozmowa z prof. Bożeną Muszyńską: