Państwo utrzymywane przez obywateli potrafi z czasem przyzwyczaić ich do myśli, że to oni są na jego utrzymaniu. Wtedy nawet pozostawienie człowiekowi części zarobionych pieniędzy zaczyna wyglądać jak uprzejmość władzy. Czy mamy już dziękować za to, czego jeszcze nam nie odebrano?
W rozmowie prof. Mariusz Miąsko zestawia rozwój techniki z zastojem myślenia o karaniu. Samoloty przestały być dwupłatowcami, a odpowiedzią prawodawcy wciąż bywa większa kara, potem jeszcze większa, wreszcie odebranie samochodu. Profesor pyta o możliwość innego urządzenia prawa. To pytanie sięga głębiej niż wysokość mandatu: dotyczy wyobrażenia człowieka, dla którego powstają przepisy. Czy widzimy w nim obywatela zdolnego do odpowiedzialności, czy materiał do obróbki za pomocą odpowiednio dotkliwych sankcji?
Powierzamy państwu część swojej siły, pieniędzy i uprawnień, żeby lepiej chronić to, czego w pojedynkę trudno obronić. Gdy ta powierzona siła służy łupieniu i podporządkowywaniu tych, którzy ją finansują, odwrócony zostaje sens całej umowy. Człowiek ma pracować na utrzymanie aparatu, znosić jego rosnące wymagania i jeszcze uznawać własną uległość za obywatelską cnotę. Cóż za oszczędność wysiłku po stronie władzy: podległy sam opłaca podległość, a za jej kwestionowanie można mu zarzucić brak odpowiedzialności.
Państwo ma nas reprezentować i działać na naszą korzyść. Zdolność do nakładania kar sama w sobie nie daje mu moralnej racji. Tę trzeba uzasadnić celem, skutkiem i proporcją. Profesor apeluje o otwarcie umysłów. Warto zacząć od odzyskania prawa do pytania, dlaczego służba publiczna tak łatwo przybiera wobec własnych pracodawców ton nadzorcy. Otwórzmy głowy. Póki jeszcze je mamy.
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel