W naszej rozmowie stawia tezę, że przemysł farmaceutyczny i kosmetyczny pozyskuje z niego cenne składniki, zanim produkt trafi na sklepową półkę. Zatrzymuję się przy samym cudzysłowie. Wystarczą dwa niewielkie znaki, żeby rzecz doskonale znajoma znów wymagała wyjaśnienia.
Słowo „mleko” przychodzi do nas wcześniej niż wiedza o jego produkcji. Mamy dla niego smak, obraz kuchni, czyjś gest przy śniadaniu. Potem tę znajomość zabieramy do sklepu. Nazwa na opakowaniu spotyka się z czymś, co już nosimy w pamięci, i zakup może obyć się bez dłuższej rozmowy z samym sobą. Nie widzę w tym naiwności. Trudno każdego ranka od początku ustalać znaczenie wszystkich przedmiotów na stole. Przyzwyczajenie pozwala żyć, choć czasem zasłania pytanie, które należałoby zadać ponownie.
Myślę o różnicy między pamięcią produktu a wiedzą o tym, który właśnie trzymam w ręku. Wspomnienie nie potrzebuje aktualizacji. Informacja o produkcie — owszem. To, że rozpoznaję nazwę, nie mówi mi jeszcze, jak przetworzono surowiec, co z niego pozyskano ani co zachowano. Nie chciałbym ani kupować samym sentymentem, ani podejrzliwie odrzucać wszystkiego, co nie przypomina dawnej kuchni. Chciałbym mieć dość konkretów, żeby mój wybór dotyczył zawartości dzisiejszego opakowania.
Dlatego tak cenię pytania, które na chwilę przerywają automatyzm. Bez konieczności natychmiastowej zmiany całego jadłospisu, bez wielkiego postanowienia przy sklepowej lodówce. Co właściwie wiem o tej rzeczy poza tym, że kupuję ją od lat? Czy potrafię powiedzieć, dlaczego wybieram właśnie ją? Takie pytanie zostawia mi swobodę, a jednocześnie odbiera przyzwyczajeniu ostatnie słowo. Chciałbym, żeby o moich zakupach decydowało coś więcej niż dobra pamięć do opakowań.
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel