Ktoś nalewał mleko, ktoś pilnował, żeby wypić do końca. Troska miała swój smak i swoją codzienną porę. Po latach trudno oddzielić ocenę tego, co było w szklance, od uczucia do człowieka, który ją podawał.
Myślę, że stąd bierze się część uporu w rozmowach o jedzeniu. Pytanie o produkt odbieramy czasem jak pytanie o rozsądek rodziców albo dziadków. Zaraz pojawia się „u nas zawsze”, „wszyscy pili”, „babcia dawała”. Te zdania mówią wiele o domu. Gdy jednak chcę ustalić, co służy mnie, samo rodzinne świadectwo nie zamyka sprawy. Mogę przecież dobrze wspominać tamten stół i inaczej nakrywać własny.
Dr Danuta Myłek w naszej rozmowie stawia konkretne rozróżnienie: mleko krowie ma to, czego potrzebuje cielę — niekoniecznie człowiek. Mówiąc o mleku prosto od zwierzęcia, pyta też: „Ale kto takie mleko pije?”. Słyszę w tym dwa pytania, które łatwo pomijamy z przyzwyczajenia: o czyich potrzebach mówimy i jaki właściwie produkt oceniamy? Bez tych ustaleń można długo bronić mleka albo długo je oskarżać, a nadal rozmawiać o różnych rzeczach.
Nie chciałbym też zastępować rodzinnego „zawsze” równie bezwzględnym „nigdy”, pożyczonym od kogoś z internetu. Zależy mi na swobodzie sprawdzania własnych przekonań. Na możliwości powiedzenia: lubię ten smak, dobrze pamiętam tamte chwile, ale to jeszcze nie odpowiada na wszystkie pytania o mój dzisiejszy wybór. Wdzięczność wobec bliskich pomieści przecież zmianę jadłospisu.
Dojrzałość przy stole widzę właśnie w tej spokojnej zgodzie na różnicę. Rodzice wybierali z tego, co znali i co było dostępne. My mamy własne pytania i własne doświadczenia. Zachować ciepło domu, a jednocześnie samodzielnie zdecydować, co nalać do szklanki — chciałbym, żeby taka decyzja nie wymagała rodzinnej obrony ani oskarżenia.
więcej treści na http://strobel.pl
Cała moja rozmowa na kanale YT — Krzysztof Strobel