Za sumę zakazów znacznie trudniej znaleźć odpowiedzialnego. Jeden przepis ma coś uporządkować, drugi zabezpieczyć, trzeci uszczelnić. Przy każdym można przedstawić uzasadnienie i zamknąć dyskusję. Tylko że człowiek żyje pod wszystkimi naraz. To, co z perspektywy pojedynczej ustawy wygląda jak niewielkie ograniczenie, z jego perspektywy staje się kolejną granicą samodzielności.
Prof. Mariusz Miąsko mówi o chwili, w której nie nadąża już przyswajać zmian nawet w jednej dziedzinie — prawie drogowym. „Teraz ja mam poczucie, że jestem takim niewolnikiem, niewolnikiem systemu”. W tej wypowiedzi jest coś dotkliwszego niż zmęczenie czytaniem przepisów: własne państwo staje się źródłem nieustannego oczekiwania na kolejną karę. Uwaga, którą człowiek mógłby poświęcić swojemu życiu, zostaje zajęta przez pytanie, czego jeszcze nie dopilnował.
Czy ustawodawca nie widzi, jaki system buduje, czy właśnie taki chce zbudować? Bezrefleksyjność i świadomy zamiar to różne wyjaśnienia, ale żadne nie zwalnia z odpowiedzialności za skutek. Jeżeli każdą regulację oceniamy osobno, nigdy nie rozliczymy całości. Można wtedy bez końca uchwalać drobne ograniczenia i za każdym razem zapewniać, że przecież chodzi tylko o jedną sprawę. W końcu trudno wskazać decyzję, która odebrała wolność, choć coraz trudniej z tej wolności korzystać.
Tu widzę drogę do totalitaryzmu zachowującego demokratyczną fasadę. Obywatel nadal występuje jako źródło mandatu władzy, lecz w codziennym życiu jest coraz bardziej przedmiotem jej regulacji. Ucisk rozłożony na tysiące przepisów nie przestaje być uciskiem. Nie wystarczy rozliczać ustawodawcy z tego, co każda ustawa miała naprawić. Trzeba go rozliczać również z tego, ile swobody wszystkie razem zostawiły człowiekowi.
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel