Jego sąsiad miał rok z 74 zabiegami. Kamil zna tę pracę z bliska i broni ludzi, którzy ją wykonują: „To nie jest wina sadowników, że tak robią”.
Opowiada o innym sąsiedzie, któremu zwrócono niemal załadowany transport jabłek po znalezieniu śladów parcha w jednej skrzynce. Przez cały sezon człowiek ponosi koszty uprawy i zbioru; przy odbiorze ryzykuje utratę zapłaty za dostawę. Kamil mówi też o cenach skupu, które nie nadążają za kosztami pracy. Przy takich warunkach decyzja o kolejnym zabiegu wygląda inaczej niż z perspektywy sklepowej półki.
Sam wybrał wymagający sposób prowadzenia sadu. Nie używa glifosatu do zwalczania chwastów, więc kosi pod drzewami. Ręcznie przebiera owoce i zleca ich badania w Instytucie w Skierniewicach; mówi, że wyniki nie wykazują pozostałości pestycydów. W tej samej rozmowie opowiada o własnym wysiłku i okazuje zrozumienie sadownikom, którzy pracują inaczej.
Kupując jabłka, widzimy cenę, kolor i skórkę. Rzadziej znamy warunki, w których powstał plon. Sprzedawca, który zna producenta, może tę opowieść przybliżyć: powiedzieć, skąd są owoce i co wiadomo o ich uprawie. To pomoc dla kupującego, a zarazem szacunek dla pracy ludzi po obu stronach sklepowej lady.
Rozmowa o liczbie oprysków ma sens, kiedy pomaga lepiej rozumieć żywność. Zyskuje jeszcze więcej, gdy pozwala zobaczyć człowieka, który tę żywność wyprodukował, i warunki, w jakich musiał podejmować decyzje.
Pełna rozmowa z Kamilem Andrzejczykiem: https://youtu.be/t3FrUkt2BBU
Więcej treści na: http://strobel.pl