Kamil Andrzejczyk, sadownik z pięciu hektarów, zanim został sadownikiem, był magistrem ekonomii i informatykiem. Może dlatego jego skarga nie brzmi jak narzekanie, tylko jak zestawienie w arkuszu. W 2000 roku fryzjer brał 10 zł, dziś bierze 100. Elektryk brał 25 zł od punktu, dziś 250–300 zł. Dniówka pomocnika w sadzie kosztowała około 30 zł, dziś 300–400 zł. Sadownik za swoje owoce dostaje praktycznie tyle samo co wtedy. „A produkty rolnicze stoją”.
Dopisałem do tego arkusza jedną liczbę urzędową. Najniższa krajowa wynosiła w 2000 roku 700 zł, od stycznia 2026 roku to 4806 zł. Wszystko wokół sadu urosło kilka albo kilkanaście razy. Sam sad został w 2000 roku.
W takim arkuszu nie ma miejsca na sentymenty. Jeśli koszty rosną dziesięć razy, a przychód stoi, rubrykę trzeba czymś zamknąć. W sadzie zamyka się ją najczęściej opryskiem: chemia zastępuje ręce, na które nie ma pieniędzy. Kamil mówi to bez złości wobec sąsiadów: jeżeli by tego nie robili, wszyscy by zbankrutowali.
Kiedy więc ktoś mówi, że rolnik narzeka, warto położyć obok siebie dwa paragony: z fryzjera i ze skupu jabłek. Pierwszy pokazuje, ile kosztuje dziś czyjaś godzina pracy. Drugi, ile kosztuje dziś godzina pracy sadownika. Różnicę płacimy wszyscy, tylko w innej walucie.
Całą rozmowę z Kamilem Andrzejczykiem obejrzysz tutaj: https://youtu.be/t3FrUkt2BBU
Więcej na http://stroebl.pl