Około 6 tysięcy złotych zarobku. Jedna naprawa samochodu i nie ma z czego żyć. Tak sadownik Kamil Andrzejczyk opisuje swój sezon truskawkowy. Przy takim rachunku rada „trzeba ciężej pracować” brzmi już jak żart opowiadany przez kogoś, kto właśnie usiadł.
Kamil mówi, że pożycza od klientów około 20 tysięcy złotych rocznie. Wozi im owoce, oni pomagają mu utrzymać gospodarstwo. Jest w tej relacji coś pięknego: ludzie znają człowieka, od którego kupują jedzenie, i nie zostawiają go samego. Jest też coś niepokojącego. Zapłata za produkt nie wystarcza, żeby producent mógł dalej go dostarczać. Trzeba jeszcze ratować tego, który go wytwarza.
W drugiej części naszej rozmowy wracamy do 2018 roku. Jabłka po 8 groszy za kilogram na skupie. Czterdzieści ton owoców, które Kamil zostawił w sadzie. Próbował oddać je za darmo — bez skutku. Potem przyszły mrozy, jabłka nie opadły i trzeba było zrywać je zimą, żeby ratować następny plon. „My myśleliśmy, że stracimy palce” — mówi. W tej historii nawet brak zapłaty nie zwalniał z obowiązku wykonania pracy.
Klienci pomogli również sfinansować fotowoltaikę z magazynem energii. Kamil miał oddać im część kosztów ze wsparcia w programie Mój Prąd. Według jego relacji po roku i miesiącu oczekiwania przeszkodą okazał się protokół odbioru sporządzony na innym druku. Instalacja działała, dwa odwołania nie pomogły. Łatwo pochwalić zaradność człowieka. Trudniej stworzyć warunki, w których nie musi być zaradny ponad siły.
Na miniaturze tej rozmowy napisaliśmy: „Państwo głodzi żywicieli”. Za tym zdaniem stoi człowiek, który potrafi wyprodukować jedzenie, ma odbiorców i wciąż nie może spokojnie utrzymać się z pracy. Dla kupującego stawką jest także możliwość wyboru: od kogo kupuje, kogo może zapytać o uprawę, do kogo wróci po następne owoce. Kiedy takie gospodarstwo znika, tracimy coś więcej niż kolejny adres. Tracimy możliwość powiedzenia: wiem, kto mnie karmi.