W urzędzie wynik był inny: brak zeszytu. Kamil Andrzejczyk, sadownik z pięciu hektarów, który pryska tylko miedzią i siarką, dostał kontrolę Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i groźbę kary. Obronił się. Zostało mu jedno zdanie, spokojne i bardziej wymowne niż niejeden protest: „to taka biurokracja, która czasami jest chora”.
Przepis nie jest tu czarnym charakterem. Ewidencję zabiegów prowadzi każdy, kto zawodowo stosuje środki ochrony roślin, i Kamil to przyznaje. Czarnym charakterem jest miara, która przykłada tę samą linijkę do pięciu hektarów koszonej trawy i do przemysłowego sadu z kilkudziesięcioma opryskami w sezonie. Urzędnik trzyma w ręku zeszyt, bo zeszyt da się sprawdzić w pięć minut. Jabłka nie sprawdza, bo to nie jego rubryka.
Prof. Mariusz Miąsko, z którym rozmawiałem w moim podcaście, policzył, że w Polsce przybywa co roku 33 tysiące stron przepisów, i dodał bez cienia przesady: „Nawet Einstein by tego nie potrafił przyswajać co roku”. A potem powiedział coś, co zostaje w głowie na długo: „Ja ewidentnie czuję, że jestem zwierzyną łowną”.
Jeśli tak czuje się profesor prawa, to jak ma się czuć sadownik, który od dziewiątej zrywa owoce, a do nocy rozwozi je po Polsce? I co właściwie mierzy państwo, które w sadzie bez chemii szuka najpierw zeszytu?
Całą rozmowę z Kamilem Andrzejczykiem obejrzysz tutaj: https://youtu.be/t3FrUkt2BBU
Znacznie więcej treści na http://strobel.pl