Kamil Andrzejczyk mówi o tym bez złośliwości, raczej z żalem: ludzie przyzwyczaili się, że w sadzie zrywa się wszystko „jak automat, jak robot”, bo wszystko jest perfekcyjne. U niego nie jest. Są śliwki spleśniałe, są nadgniłe, tak samo jabłka i truskawki. Każdą skrzynkę trzeba przejrzeć, zanim trafi do czyjegoś domu.
Do takiej pracy nikt nie przychodzi. Kamil mówi, że nie znalazłby ludzi nawet za cztery, pięć razy wyższą stawkę. Oprysk ma tę przewagę nad człowiekiem, że nie narzeka na plecy i nie odmawia. Człowiek, który przebiera owoce, musi zobaczyć każdy z osobna, a to kosztuje czas, którego w dzisiejszym rachunku nikt nie chce opłacić.
Więc płaci rodzina. Kamil zaczyna o dziewiątej, zrywa do czternastej, a obok niego pracuje mama. Ma 63 lata i stawy, które coraz częściej dają o sobie znać. Kiedy on napełni jedną skrzynię jabłek, ona napełnia trzy. Syn mówi o tym z wdzięcznością: bez niej, jak przyznaje, byłoby bardzo ciężko.
Owoc bez chemii ma więc w sobie coś, czego nie wpisze się na etykietę: czyjeś ręce, czyjś wzrok i czyjeś godziny. Czasem są to ręce mamy.
Całą rozmowę z Kamilem Andrzejczykiem obejrzysz tutaj: https://youtu.be/t3FrUkt2BBU
Więcej treści na http://strobel.pl