Równe rzędy, drzewa jak pod linijkę, a pod nimi goła, czysta ziemia. Kamil Andrzejczyk, sadownik, który sam nie stosuje środków chwastobójczych, patrzy na ten obraz inaczej.
Dla niego to pas herbicydowy: chwasty, które nie przegrały z kosiarką, tylko z opryskiem.
Najprościej byłoby na tym skończyć i wskazać palcem sadownika. Kamil tego nie robi, choć sam płaci za swoją drogę trawą po dwa metry i krytyką sąsiadów.
Mówi o cenach w skupie, które od lat stoją na poziomie 20–60 groszy za kilogram, i o dniówce pomocnika, która wzrosła z około 30 zł do 300–400 zł. Koszenie pod drzewami nazywa największym kosztem w swoim sadzie. W takim rachunku oprysk przestaje być wyborem, a staje się oszczędnością. „To nie jest wina sadowników, że tak robią. Jeżeli by tego nie robili to wszyscy by zbankrutowali”.
Jego dziadek w latach 60. stosował na szkodniki jeden oprysk i miał, jak wspomina Kamil, piękne jabłka. Nikt wtedy nie mówił o rolnictwie ekologicznym. Nie było potrzeby, bo nikt jeszcze nie wymagał od drzewa i od człowieka tyle, ile dziś.
Czysta ziemia pod jabłonią jest więc podpisem pod cennikiem. Warto go czytać, zanim zaczniemy szukać winnych.
Całą rozmowę z Kamilem Andrzejczykiem obejrzysz tutaj: https://youtu.be/t3FrUkt2BBU
Więcej treści na http://strobel.pl