Sadownik zna jeszcze inną miarę: godziny pracy, które trzeba w ten kilogram włożyć. Kamil Andrzejczyk nie stosuje glifosatu, więc trawę pod drzewami regularnie kosi. Owoce trzeba ręcznie przebierać. Przy zbiorach pomaga mu mama — jak opowiada, kiedy on zbierze jedną skrzynię, ona zdąży zebrać trzy.
Zostawił informatykę i ekonomię, żeby mieć więcej czasu dla syna i pokazać ludziom smak owoców z sadu po dziadku. Dziś mówi o jedenastu miesiącach intensywnej pracy w roku, stratach po przymrozkach i dostawach do klientów długo po północy. Ograniczanie oprysków oznacza w jego gospodarstwie kolejne zadania i ryzyko utraty plonu. Każdy taki wybór trzeba później udźwignąć we własnym kalendarzu i własnym budżecie.
W naszej rozmowie przywołuje rok, w którym jego sąsiad wykonał 74 opryski. A jednocześnie broni sadowników prowadzących intensywne uprawy. Tłumaczy, jak ceny skupu i wymagania handlu popychają ich do coraz większej wydajności. Ten fragment zasługuje na uwagę: człowiek, który wybrał inną drogę, potrafi zobaczyć także trudności tych, którzy nią nie poszli.
Potem opowiada o telefonie od klientki. Jego jabłka przypomniały jej dzieciństwo. To krótka historia, ale po wszystkim, co usłyszałem o pracy w sadzie, zostaje ze mną szczególnie mocno. Za smakiem, który ktoś rozpozna po latach, stoją czyjeś codzienne decyzje: co zastosować, z czego zrezygnować, ile pracy jeszcze dołożyć. Klient dostaje owoce. Całego roku, który do nich doprowadził, nie sposób zapakować do skrzynki.
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel