Doba obywatela uparcie odmawia współpracy. Trzeba w niej jeszcze zmieścić pracę, rodzinę i sen — zajęcia najwyraźniej nieuwzględnione w tempie produkcji kolejnych obowiązków.
Prof. Mariusz Miąsko przywołuje w moim podcaście wzrost sumy mandatów z 650 milionów złotych do ponad 1,3 miliarda. „No właśnie w taki sposób, że się tak nas łupi” — mówi. Wiąże ten wzrost z przepisami, których ludzka percepcja nie jest już w stanie wychwycić.
W tym rozumowaniu kara przychodzi na końcu. Wcześniej człowiek musi dowiedzieć się o zmianie, zrozumieć ją i ustalić, czego wymaga w jego sytuacji. Każdy taki obowiązek zabiera kawałek uwagi. Z perspektywy instytucji to jeden przepis. Z perspektywy obywatela — kolejny, obok wszystkich pozostałych.
Łatwo wymagać, żeby człowiek był na bieżąco. Trudniej odpowiedzieć, kiedy ma to robić. Przedsiębiorca może poświęcić wieczór na śledzenie regulacji, ale ten wieczór nie wróci już do jego rodziny ani firmy. Koszt powstał, choć jeszcze nikt nie wystawił mandatu.
W pełnej rozmowie dochodzi do tego problem interpretacji. Samo przeczytanie przepisu nie daje spokoju, jeśli urząd może zastosować go inaczej, niż obywatel się spodziewał. Człowiek wykonał swoją część pracy: szukał, czytał, próbował zrozumieć. Nadal jednak nie wie, czy to wystarczy, kiedy przyjdzie rozliczenie.
Prof. Mariusz Miąsko przypomina przy tym, że państwo to my. Mówi o urzędnikach, którym płacimy. W takim ujęciu pytanie o zrozumiałość reguł jest pytaniem o jakość pracy instytucji utrzymywanych przez obywateli. Odpowiedzialność za przestrzeganie prawa powinna spotkać się z odpowiedzialnością za warunki, w których trzeba go przestrzegać.
Czy w przeregulowanym systemie da się funkcjonować? „Na krótką metę się da” — odpowiada mój gość. Czy da się być szczęśliwym? „No nie da się być”.
Zapłacony mandat zamyka sprawę w urzędzie. Nie zamyka pytania, czy tak powinno wyglądać życie.
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel