Ograniczenie do 110, potem przez półtora kilometra 90 i znów 110. Prof. Mariusz Miąsko przywołuje tę sytuację i mówi: „Ja ewidentnie czuję, że jestem zwierzyną łowną”. W jego ocenie chodzi o „nałapanie” kierowców, a później opowiadanie, jak dba się o ich bezpieczeństwo. Osobliwa troska, skoro podopieczny zaczyna wypatrywać myśliwego.
W tym zdaniu mieści się coś więcej niż irytacja człowieka za kierownicą. Znak drogowy powinien uprzedzać o zagrożeniu. Kiedy zaczynamy podejrzewać, że sam jest częścią zasadzki, zmienia się nasz stosunek do tego, kto go postawił. Nadal zdejmujemy nogę z gazu, ale już z inną myślą. Posłuszeństwo pozostaje. Zaufanie wysiada.
Można wzruszyć ramionami: skoro kierowca zwolnił, przepis zadziałał. Tyle że państwo potrzebuje naszej współpracy również wtedy, gdy nikt nie stoi z bloczkiem mandatowym. Jeśli kolejne spotkania z regułami uczą przede wszystkim wypatrywania pułapek, coraz trudniej przekonać człowieka, że następne ostrzeżenie wydano właśnie w jego interesie. Nawet kiedy rzeczywiście tak jest.
Dlatego w naszej rozmowie przykład z drogi prowadzi do pytania o całe otoczenie prawne. Czy obywatel potrafi rozpoznać sens obowiązujących go zasad i przewidzieć ich zastosowanie? Czy przedsiębiorca może poświęcić uwagę swojej pracy, zamiast stale wypatrywać kolejnego zaskoczenia? Prof. Mariusz Miąsko wraca do porządku i przewidywalności jako fundamentów prawa. Do dość skromnego oczekiwania, że reguły pozwolą człowiekowi spokojniej żyć.
Troska o bezpieczeństwo powinna być rozpoznawalna z drogi. Nie dopiero z uzasadnienia mandatu.
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel