Znacznie bezpieczniej pozostawić przepis w kodeksie, zachować powagę procedury i przejąć kontrolę nad warunkiem, od którego zależy jego zastosowanie. Wszystko nadal wygląda legalnie. Tylko obywatel pozostaje bez ochrony.
W rozmowie z prof. Mariuszem Miąsko wracamy do art. 7a Kodeksu postępowania administracyjnego. Jeżeli przy rozstrzyganiu sprawy pojawiają się wątpliwości dotyczące znaczenia normy prawnej, nie powinny zostać rozstrzygnięte na niekorzyść wnioskodawcy. Państwo stworzyło niejasny przepis, więc nie może przerzucać skutków własnej nieprecyzyjności na człowieka.
Konstrukcyjny problem kryje się w słowie „wątpliwości”. Inni prawnicy mogą odczytywać przepis inaczej. Podobne sprawy mogą kończyć się różnymi decyzjami. Strona może przedstawić argumenty prowadzące do przeciwnego wyniku. Jeżeli jednak urzędnik albo sędzia oznajmi, że sam żadnych wątpliwości nie ma, bezpiecznik nie zostaje uruchomiony. O jego użyciu decyduje człowiek, przed którego dowolnością miał chronić obywatela.
Dlatego wnioski o postępowania dyscyplinarne nie muszą oznaczać osobistej wojny z urzędnikiem albo sędzią. W zatwierdzonym fragmencie pada wyraźnie: nie chodzi o nazwiska ani o sprawianie komukolwiek przykrości. Chodzi o zwiększenie powtarzalności systemu. Świadome pominięcie przepisu chroniącego obywatela dokłada kolejną zmienną do prawa, którego wynik już wcześniej zależał od wybranej drogi interpretacji.
Państwo prawa nie może działać według zasady: ochrona obywatela obowiązuje wtedy, gdy osoba kontrolowana przez tę ochronę zgodzi się ją zastosować. Ten sam przepis i takie same okoliczności powinny prowadzić do tego samego wyniku. Czy spotkałeś się z decyzją, w której urząd nie dostrzegł żadnych wątpliwości, chociaż inni rozumieli przepis zupełnie inaczej?
Cały odcinek na kanale YT - Krzysztof Strobel