To pewność siebie.
Im reklama bardziej się na mnie wydziera, tym mniej wierzę, że ma coś do powiedzenia.
To dość osobliwe, bo cała współczesna komunikacja została przecież wychowana do trzech cnót: krótko, szybko i głośno. Najlepiej jeszcze „mocno”, „konkretnie” i „bez owijania”. Czyli w praktyce: z takim wdziękiem, z jakim megafon prowadzi dialog.
A ja mam odwrotnie.
Kiedy ktoś bardzo, bardzo chce mi coś zaoferować, ja natychmiast chcę trochę mniej. Nie bardziej. Mniej.
Mniej entuzjazmu na sterydach. Mniej wykrzykników przebranych za strategię. Mniej tej histerii, która udaje skuteczność.
Bo rzeczowy przekaz nie musi mnie szturchać łokciem. Nie musi krzyczeć, że jest ważny. Naprawdę ważne rzeczy zazwyczaj umieją mówić normalnym głosem.
Może to wiek, a może po prostu etap, na którym człowiek przestaje mylić hałas z siłą, a nachalność z perswazją.
I coraz częściej myślę, że marka, która potrafi mówić spokojnie, nie jest słabsza od konkurencji. Jest od niej zwyczajnie pewniejsza siebie.
Jeśli znacie firmy, które jeszcze umieją komunikować się bez komunikacyjnego wodotrysku, zostawcie ich nazwy. Chętnie zobaczę, kto jeszcze potrafi sprzedawać bez wrzasku.
Zapraszam na rozmowę z prof. Jerzym Bralczykiem https://bit.ly/47T8tOq