Pole tekstowe: April 26th, 2005

07:52 pm: ...
Dziecko zapragnęło mieć rybkę. Oczywiście miała ściśle określoną wizję rybki, jedynie słuszną. Powinna być złota, ewentualnie czarna, z ogonem i oczkami. Nie znam rybek bez ogonków i oczek, ale nie wyprowadzałam Dziecka z błędu. Ona była święcie przekonana, że istnieją tęczowe rybki, które na rzeczonych, szczątkowych ogonkach chodzą po plaży. W kwestii oczek się nie wypowiadam, nie wiem gdzie widziała rybkę bez oczek. Tłumaczenie biologii ryb morskich w chwili obecnej przekraczało moje możliwości. Rybka miała mieszkać w okrągłym akwarium z piaskiem i zamkiem z bąbelkami. Piasek i zamek to pikuś. Okrągłe akwarium również. Nie na darmo Babcia pracuje w Instytucie od Ryb. Niestety złotej rybki nikt nie miał. Pytani zapaleni akwaryści podręczni prychali z oburzeniem na samą myśl, że oni, wielcy i wybitni, są w posiadaniu tak pospolitego egzemplarza jak zwyczajna, złota rybka. A dokładniej karaś jakiś tam. Proponowali inne, niedościgle piękne i oryginalne egzemplarze, ale dziecko odrzucało kolejne propozycje ze wzgardą. Każdy przecież wie, że rybki są złote, a nie kolorowe i w paski albo zielone albo niebieskie. Widział kto czerwoną rybkę? Co było robić? Udałam się do sklepu zoologicznego w celu nabycia zwierzątka. Dobór w właściwego, zgodnego z opisem egzemplarza okazał się nadzwyczaj łatwy. Pan zza lady nieśmiało poproszony o dostarczenie złotej rybki bez słowa wyłowił rzeczony egzemplarz z ogromniastego akwarium. Był to rybek, płci męskiej, złoty, z pięknym wachlarzowatym ogonem i maciupkimi jak łebek od szpilki oczkami. Skąd wiedział, że to chłop nie dociekałam, płci dziecko nie precyzowało, pozwoliłam więc sobie zlekceważyć ten szczegół. Pan od zwierzątek wrzucił rybkę do fachowo przygotowanej torebki z wodą i mruknął cenę. Usłyszałam „osiemdziesiąt złoty”. Zamarłam, bo wydawało mi się, że taka cena za głupią rybkę to lekka przesada, a prosić faceta, żeby wrzucił ją z powrotem do akwarium, bo właśnie się rozmyśliłam też wydawało mi się niezgrabne. Tym bardziej, że ogólnie był wyjątkowo kamienny niczym buddyjski mnich i dużą niezręcznością wydało mi się zakłócanie mu kontemplacji plastikowych roślinek leniwie falujących w akwarium, której to czynności oddawał się z lubością zanim podeszłam w celu zakupu. Zaczęłam intensywnie grzebać po kieszeniach, żeby wyskrobać jeszcze 15 złoty, ponieważ dysponowałam gotówką w kwocie 65 złotych. Przebrany mnich od rybek, zdziwiony i jakby lekko zaniepokojony, patrzył na mnie jak wykładam na blat kolejne banknoty i obficie dosypuję bilonu mamrocząc pod nosem „proszę poczekać, miałam tu jeszcze siedem złoty” gorączkowo grzebiąc w lekko przybrudzonym plecaku. Nagle strasznym głosem facet ryknął „Osiem! Osiem złoty! OSIEM!”. Buddyjski spokój diabli wzięli, teraz odrodzi się jako karaluch… Plecak wypadł mi z ręki. Prosto na kupę złożoną z 30 złotych w drobnym bilonie, który jak można było przewidzieć radośnie rozsypał się po całym sklepie. Na ratunek rzuciło się grono złożone z personelu sklepu, które z gorliwością godną lepszej sprawy wydłubywało 50 groszówki spod klatek z chomikami. Nie byli mi wdzięczni. Co wydaje się całkiem zrozumiałe gdy zobaczyłam co wydłubali spod klatki ze świerszczami. Czerwona jak burak zabrałam w końcu swoją rybkę za osiem złotych i uciekłam, pozostawiając pięć złotych w drobnym bilonie do wyfedrowania. Nie chciałam bowiem monet spod papug. Klnąc w duchu zachcianki dziecka oraz wyrzuty sumienia każące mi je spełniać, podziwiałam jednocześnie tych co potrafili wprowadzić w życie zasady wychowania tradycyjnego, czyli z rózgą i ciemnicą, ewentualnie z klęczeniem na grochu w roli głównej. Dzierżąc w dłoni torebkę z wodą oraz żywą zawartością oddawałam się ponurym rozważaniom czekając na babcię, która pojechała „na chwilkę” z ciotką kwiatki kupić. Bo w końcu wiosna przyszła, kwiatki mus jest sadzić. Czekanie odczuwałam głównie w dolnej części pleców, upiorna torebka zaczynała ważyć tonę, a tych dwóch koszmarnych bab nie było. W końcu zainteresował się mną facet z ochrony bo ile może stać na parkingu gruba baba z torebką wypełnioną podejrzaną substancją oraz bronią biologiczną, w postaci złotej rybki. Niewątpliwie musiałam wyglądać na terrorystkę bo pan był wyjątkowo nachalny i stanął obok mnie. To, że był wzrostu siedzącego psa i mniej więcej postury patyka nie przeszkadzało mu stroić groźnych min jakby był co najmniej 100 kilowym macho z Ameryki Południowej, o smagłej cerze i zabójczym spojrzeniu przed którym drżą narody. Nie drżałam przed nim, za to zaczynałam trząść się z tłumionej złości bo ile w końcu można kupować kwiatki?! 2 godziny na oglądanie trzech doniczek ze smętnie zwisającymi roślinkami?! Przecież nie eksplorują amazońskiej dżungli, na litość boską… W końcu ku wielkiej mojej uldze damy zajechały karocą wypełnioną po brzegi surfiniami, bratkami, pelargoniami, torebkami z czymś co nazwały berbeluchą i nie wiem czym jeszcze. Jak miałam się zmieścić w tym obwoźnym ogrodzie botanicznym nie wiedziałam. Nieco zakłopotana tym faktem babcia usiłowała poprzestawiać trochę bujnie kwitnące doniczki przynajmniej na tyle, żeby chociaż drzwi się za mną zamknęły. W efekcie wisiałam jednym półdupkiem na fotelu pod nogami mając wory ze specjalną ziemią do rododendronów („bo wiesz, rododendron kupiłyśmy”- ziemi było na plantację), a na kolanach ów rododendron i doniczkę z pelargonią. Złota rybka podróżowała w bardziej komfortowych warunkach bo umieszczona została w donicach zakupionych „na wszelki wypadek” po okazyjnej cenie złoty pięćdziesiąt. Miała swój woreczek z woda i wyglądała na bardziej szczęśliwą ode mnie. Właściwie każdy wyglądał na bardziej szczęśliwego ode mnie.
Po powrocie do domu zostałam obarczona zadaniem zakwaterowania rybki w jej nowym domu. Dziecko oczywiście nie dało się odgonić chociaż na czas skończenia nader skomplikowanych czynności jakie miałam wykonać. Dialog, czego można było się domyślić brzmiał tak:
- Co robisz? – widzi przecież, że biorę słoik na rybkę, ale nie, trzeba spytać. A nuż coś przegapiła.
- Robię domek dla rybki – trzeba działać w każdej sytuacji edukacyjnie i wychowawczo, jak przeczytałam w pewnym poradniku dla Pań bo dziecko też człowiek. Wolę Cosmo, tam człowiek to kobieta. – i zrobię jej podwórko z piaseczkiem.
- Dlaczego? – spytało zaciekawione dziecko, włażąc na stołek i przy okazji zwalając wór z piaskiem od wybitnych akwarystów.
- Bo nie ma swojego domku, a pewnie chce go mieć. – odpowiedziałam przez zęby wybierając sierść psa z pieczołowicie zmiecionego z podłogi złocistego piaseczku. Kopciuszek?
- Aha, rozumiem – dziecko mądrze pokiwało głową – ja też mam piasek – pochwaliło się przy okazji mając na myśli potworną piaskownice z półtoną najlepszego rzecznego piaseczku.
- A teraz co robisz? – spytało po bardzo krótkiej chwili ciszy gdy usiłowałam wepchać za szeroki u podstawy zameczek do słoika.
- Chcę postawić rybce domek, żeby miała gdzie mieszkać – niech szlag trafi czasopisma dla kobiet, niech je piekło pochłonie. Nic tylko dają głupie rady jak skrobać marchewkę, ale w żadnym nie napisali jak wepchać zamek do słoika udającego akwarium, nie rozbiwszy go uprzednio na łbie faceta-akwarysty, od którego pochodził – Babcia, to się nie mieści!
- Co ci się nie mieści? – spytała babcia tonem jasno sugerującym, że mi do krów tylko chyba a nie akwarium dla rybek szykować. – Faktycznie się nie mieści – powiedziała zdziwiona, już bez owego lekceważenia w głosie. Po kilku próbach zameczek opornie nie chciał wleźć do akwarium..
- Przecież mówiłam, że się nie mieści! – mściwa satysfakcja wylazła na chwilę za zakrętu hipokampa i zaśmiała się radośnie.
- Poczekaj, może da się bokiem? – bokiem też się nie dało, wieżyczka przeszkadzała.
- A może by ten dożon odłupać? – Babcia spojrzała na mnie jak na głupią – Wieżę znaczy się? Lekko puknę młotkiem i wejdzie.
- Ciebie trzeba puknąć. Przecież rybka się pokaleczy.
- Babcia nie pukaj i mamie nie pozwól, to mój zameczek – rozdarło się dziecko zaniepokojone, ze jej śliczny, nowy, upiornie zielony zamek dla złotej rybki podzieli smutny los naprawianej przeze mnie lalki. Lalka uległa całkowitej destrukcji po tym jak usiłowałam przykleić jej wiecznie odpadający łeb. Z powodu braku kleju w domu postanowiłam rozgrzać trochę szyję lalki i przykleić na gorąco do korpusu. Wszystko niestety spłonęło i głowa i korpus, razem z najlepsza lnianą ścierką babci, którą usiłowałam ugasić pożar. Dziecko jednak zapamiętało, że mamusia to się raczej do napraw nie nadaje.
- Nie, ptaszku, na pewno nie pozwolę, żeby taki śliczny zameczek zniszczyć.
- Ciekawe tylko jak zamierzasz go włożyć do tego słoika? – spytałam zjadliwie, moje pomysły jak zwykle głupie, zobaczymy co Babcia wymyśli.
Babcia pogrążyła się w zadumie, dziecko wpatrywało się w nią z nadzieją, rzucając mi od czasu do czasu spojrzenie pełne niepokoju, rybka szczęśliwa pływała w swojej torebce, pies spał pod stołem. Zapadła cisza.
- No, nie ma wyjścia inaczej się nie da, trzeba odłupać, ale tu, na dole – przerwała spowijająca nasz ciszę babcia, podjąwszy widać jakąś decyzję. Zdeterminowany błysk w oku wykluczał dyskusję. – Daj mi ten młotek.
Ostrożnie, niczym neurochirurg babcia puknęła w podstawę zameczku. Odpadło całe dno. Nie był najwyraźniej zbyt solidny. Na szczęście ściany się ostały. I wszystko razem zmieściło się w słoiku. Do zakończenia zakwaterowania pozostało tylko nalanie wody. Specjalnie przygotowanej przez akwarystów-specjalistów, Najwyraźniej woda była tej samej jakości co zamek bo cholerna rybka zdechła po kilku godzinach przebywania w nowo przygotowanym domku. Dziecko teraz ma rybkę złota z ogonkiem i oczkami, tyle, że szklaną. Ale w przeciwieństwie do żywej ta pływa sobie radosna i szczęśliwa w słoiku po kiszonej kapuście. Bez zamka.

Pole tekstowe: April 18th, 2005

07:37 pm:

Chcę coś napisać. Obojętnie co, pracę z patologii, notatki z anatomii, wpis do bloga, coś z pracy. Czynność z założenia prosta. Komputer mam. Sprawny z odpowiednim oprogramowaniem, klawiaturę ergonomiczną, akurat do pisania, monitor, żebym mogła zobaczyć co stworzyłam. Powinnam usiąść i napisać. A nie. Jest to czynność przekraczająca moje możliwości.
Najpierw niczym złodziej przekradam się do pokoju w którym ów sprzęt niezbędny stoi. Przekradać się muszę bo jak dziecko zobaczy, ze siadam przed komputerem natychmiast żąda włączania teletubisiów, strony Disneya z Olinkiem-Okraglinkiem i innych interaktywnych stron, które z głupoty jej pokazałam. Na pohybel sobie i innym, którzy z komputera chcę skorzystać w sposób do jakiego został on stworzony. Pograć na przykład.
Włączam grę. Jak z pod ziemi wyrasta zaraz dziecko. Z nieodłączną butelką z piciem w ręku. Nader zainteresowane tym co robię. Patrzy i nic nie mówi, od czasu do czasu wzdycha. Patrzę spod oka. Wzdychania przyprawiają mnie o wyrzuty sumienia. Podła i wyrodna matka gra, a biedny zaniedbywany potomek stoi i wzdycha. Dziecko rzuca mi spojrzenie, sprawdzając czy już dostatecznie zmiękłam i przystępuje do konwersacji.
- Co robisz?
- Gram
- A w co?
- W taką grę.
- Mogę popatrzeć? – patrz, w końcu co to przeszkadza
- Możesz.
- A co ta pani robi?
- Tłucze potwora.
- Tłucze?
- Bije go bo był niegrzeczny – jak niektóre dziewczynki dodaję w myślach, zapamiętale klikając myszą, to jest wymachując wielkim i nader ostrym mieczem.
- Nie ma potworów – mówi dziecko z żelazną pewnością
- To taki potwór na niby – odpowiadam przez zęby bo dla mnie potwór jest jak najbardziej rzeczywisty i właśnie usiłuje urwać nogę mojej bohaterce.
- Na niby?
- Tak, taki udawany w komputerze.
- Aha, rozumiem. Ma domek w komputerze.
- Właśnie, ma domek w grze.
- Nie wyjdzie?
- Nie.
- Zdechł już? – pyta, po tym jak niepostrzeżenie włazi mi na kolana. Jak ona to robi nie wiem. Nie ma jej, a potem jest.
- Prawie zdechł, jeszcze żyje.
- Tak jak ta żaba? – kiedyś dziecko znalazło rozjechaną przez samochód żabę. Trzeba było wytłumaczyć dlaczego żaba już się nie rusza i pewnie w życiu się już nie poruszy. Trudnej sztuki rozmowy na poważne tematy dokonywałyśmy obie, babcia i ja. Wyszedł z tego horror dla dzieci w połączeniu z wykładem biblijnym o bogu. Dziecko zapamiętało tylko, że żaba zdechła.
- Żaba zdechła dokumentnie, ten się jeszcze rusza..
- Aha, rozumiem, to jak się nie rusza to zdechł?
- Tak.
- Nie rusza się już?
- Nie
- Czyli już zdechł?
- Tak.
- Włączysz mi Olinka? Albo teletubisie?– powiedziało dziecko z żelazną logiką. W końcu jak coś zdechło to nie należy już się tym zajmować. Proste, nie?
Scenariusz podobny gdy chcę popracować. Siadam, rozkładam papiery, zabieram się do pracy. Obok biurka pojawia się potomek. Stoi, wzdycha, sprawdza, pyta.
- Co robisz?
- Pracuję.
- Jak tata?
- Tak.
- Gdzie jest tata?
- W pracy.
- Jak przyjedzie to pójdziemy na basen. I powie nam co to jest.- znaczy powie nam, że w bajce jest hiena. Nie wiedzieć czemu szacowny małżonek jest jedynym i ostatecznym ekspertem w kwestiach hien i innych zwierzaków w bajeczkach. Niczym w teleturnieju musi rozpoznawać każde pojawiające się zwierzątko. I niech się lepiej nie myli. Kara jest wtedy straszna. Zostaje zmieszany z błotem przez trzylatkę, która uważa, że jest najmądrzejsza pod słońcem. Sadząc z rozwoju wiedzy biologicznej małżonka, czyta on wieczorami atlas zwierząt. Z obrazkami.
- Tak.
- A co to jest na tym obrazku? – wskazuje na leżące przede mną papiery, obojętnie co by to nie było i czy ma obrazki. W końcu od czegoś trzeba zacząć.
- Przekrój mózgu/ zmiana zapalna/ pismo z pracy/ diabli wiedzą co.
- Mogę zobaczyć? – i już jest na kolanach.
- Bardzo ładnie, mamusiu. Ja też mam książeczkę. Z krecikiem. Tata mi kupił. Poczytasz mi?
- Teraz? Teraz pracuję. Może później, jak będziesz się kładła spać.
- A co robisz?
- Piszę.
- Aha, rozumiem. Ja też mogę? – spojrzenie aniołka, cherubinka, małego puszystego króliczka i kaczuszki razem. Sumienie budzi się ochoczo do życia i zaczyna kąsać.
- Możesz.
Dziecko zapamiętale wali w klawisze.
- Bardzo ładnie, czy teraz mogę popracować?
- Nie, babcia jeszcze nie widziała. Babcia!!!! Chodź, popatrz. Piszę.
Pojawia się babcia.
- No ślicznie ptaszku. Napisz coś jeszcze.
Dziecka nie trzeba dwa razy prosić. Klawiatura cierpi katusze, aż jej klawisze odpadają.
- Nie piszesz już? – pyta dziecko po dłuższej chwili walenia, zachęcane przez babcię do rozwoju umiejętności motorycznych.
- Nie – bo niby jak?
- To włącz mi teletubisie – nieubłagana logika, za którą mam ochotę czasami udusić własną progeniturę.
Ostatecznie mogę spróbować gdy ukochana dziecina śpi. Po upewnieniu się, że latorośl śpi snem sprawiedliwym, zaopatrzona w butelkę, misia, balonika, kaczuszkę, ze dwie książeczki i wszystko to co jej jeszcze do życia niezbędne, a mi do głowy by nie przyszło włączam komputer. Jak spod ziemi wyrasta babcia. Wzdycha. Patrzy. Wzdycha. Nie wytrzymuje.
- Włączyłaś Internet? – zagaja rozmowę – bo ja sen taki miałam, a gdzieś mi sennik oczywiście wepchnęłaś i nie mogę go znaleźć. Chowasz te książki, a człowiek potem nawet sobie nic sprawdzić nie może.
Wzdycham tylko. W końcu co mi szkodzi wpuścić ją na chwilkę, niech sobie sprawdzi ten sen. Ile może trwać sprawdzenie co oznacza jak śnią się grzyby? Zrobię sobie przez ten czas herbatę, albo co. Babcia tryumfalnie zasiada na zwolnionym przeze mnie krzesełku i odpala sobie ukochany program.
- Okulary mi przynieś. I piwo – rzuca tylko w przestrzeń, zajęta już poszukiwaniem niezbędnych informacji. O snach, ufoludkach, horoskopach, dietach, lekarstwach, wróżkach, tarotach, chorobach, kwiatkach, roślinkach i bóg wie czym jeszcze. Po jakiś dwóch godzinach, gdy już nie mogę patrzeć na herbatę a przed oczami mam wizję nieoddania pracy, zawalenia terminu i uciekającego w galopie natchnienia podejmuję nieśmiałe próby odbicia komputera,
- Mamo, ja to muszę zrobić. Oddaj mi komputer!
- Ty nic tylko w komputerze siedzisz i okulary ci się grubsze robią. Dla swojego zdrowia powinnaś ograniczyć to pisanie – mówi, poprawiając na nosie swoje okulary bez których nie jest w stanie przeczytać ceny w sklepie.
- Mamo, ale ja naprawdę muszę.
- Musisz to umrzeć – mówi filozoficznie, nie dorywając wzroku od monitora na którym wyświetlają się właśnie wróżby tarota – ty lepiej uważaj bo z horoskopu wychodzi, że będziesz miała problemy ze zdrowiem. Na pewno z oczami. Jesteś chińskim tygrysem, a one zawsze mają problemy ze wzrokiem.
- Obecnie jestem polską wkurzoną babą. Oddawaj komputer! – wrzeszczę usiłując zepchnąć ją z krzesełka. Przyszła pora na działania radykalne.
- Matkę tak traktujesz?! Ty wyrodna świnio! To ja ci serce na dłoni, a ty mi komputera nie chcesz na chwilkę pożyczyć. To ja już nic nie mogę w tym domu. Niedługo do domu starców mnie oddasz! – tyrada wygłoszona ze wzrokiem wbitym w kolejna wróżbę, głosem lekko tylko zirytowanym. Ale ani drgnie. Przykleiła się do tego krzesełka czy co?
- Mamo, błagam cię, miej nade mną sumienie. Przecież ja musze to napisać! Kiedy mam to zrobić? – może litość pomoże, jakieś uczucia matczyne? W końcu jestem jej córką. Jakaś reakcja jest.
- A dużo masz?
- Nie, kilka stron – odpowiadam, byle się dostać do klawiatury, potem żadna siła mnie nie ruszy.
- Eeee, to możesz napisać w pracy. Skoro masz mało…
Ręce mi opadają.

Pole tekstowe: April 14th, 2005

08:50 pm: ...
- Trzeba by nawieźć – powiedziała Babcia patrząc w dal, a dokładniej w lekko zarośnięte działkowe grządki. Prawdę mówiąc zignorowałam początkowo jej słowa zajęta nader pasjonującym zajęciem jakim było uklepywanie góry piasku. Byłam bardzo skupiona ponieważ najmniejsze odejście od poglądu na kopczyk ziemi jaki żywiło dziecko skutkowało natychmiastowym wrzaskiem i pretensjami w stylu „Matka! Co robisz?! To ma być z boku! Mówiła! Czy ty niczego nie rozumiesz?!”. Tresowana więc przez trzyletniego bachora pozwoliłam sobie kompletnie zbagatelizować słowa Babci. Babcia jednak nie daje się tak łatwo zlekceważyć.
- Czy ty mnie słuchasz?- spytała i natychmiast sobie odpowiedziała – Oczywiście nie, bo po co. A później masz pretensję, że z tobą nie rozmawiam. A jak ja mam z tobą rozmawiać, kiedy ty wiecznie gębę w książkach trzymasz. – dodała bezsensu bo właśnie ową wypomnianą gębę wycierałam z piachu po nader energicznym napełnianiu wiaderka przez dziecko. Wolałabym ją trzymać w książce niż w glebie, niestety pod ręką miałam tylko glebę.
- Praszam! – krzyknęło, zajęte ciężką pracą dziecko.
- Przecież widzisz, że klepię. – odpowiedziałam babci – Nie szkodzi – i dziecku.
- To przestań babrać się w piachu i posłuchaj mnie choć raz. Nawieźć trzeba.
- Czego?
Babcia spojrzała na mnie zdziwiona. Urodziła toto, wychowała, a jakieś takie głupie. Jakby nie jej.
- Co czego?
- Czego nawieźć? Piach jeszcze jest – machnęłam ręką w kierunku wielkiej kupy piachu, w której z zapałem godnej lepszej sprawy, kopało dziecko. Piachu było pół tony, bo skoro tona kosztuje 30 złoty to my do piaskownicy wsypiemy pół tony. Niech dziecko ma. Może sobie piramidę zrobi i wielbłądy zacznie hodować?
- Jakiego piachu? Mało ci jeszcze piachu?!. Co ty tu chcesz, pustynię błędowską? Przecież ja nie o piachu mówię.
Zdrętwiałam. Może teraz trzeba kamieni nawieźć na rzeczoną piramidę? Wolałam nie pytać. Czasami lepiej nie znać odpowiedzi.
- Gnoju! – prawie wrzasnęła babcia.
- Zaraz gnoju, przecież cię słucham – odpowiedziałam patrząc na nią z pretensją – co znowu zrobiłam nie tak?
- Gnoju nawieźć trzeba! – zdenerwowała się nie na żarty babcia- czy ty dzisiaj jakaś kompletnie głupia jesteś? Obornika! Gówna! Pod roślinki, marchewkę i pomidory na przykład – dodała już spokojniej, powracając do kontemplacji z lekka zarośniętej połaci ziemi, dumnie zwanej Działką Rekreacyjną. Na końcu owego zagonu rosły sobie rachityczne maliny, potem rzadkie kupki truskawek, potem coś zielonego, co wyrosło po zimie, potem bliżej niezidentyfikowane kwiatki, całość wieńczył trawnik z usypaną na środku wielką półtonową kupą piachu. Za kupą rósł sobie młody dąbek, pod którym na rozchwierutanej ławeczce siedziała jedna gruba baba i Babcia. Gruba baba, czyli ja, niemrawo klepała w mniejszą górkę piachu. W okolicach pętało się jeszcze dziecko zapamiętale przewalające półtony piachu zjadliwie różową łopatką i taczką, w kształcie żółwia. Też różową. Co babcia zamierzała nawozić niczym ogrodnik Pankracy nie wiedziałam. Spytałam więc, a nie powinnam.
- Co ty chcesz tu użyźniać? Ten piach?
- jaki piach? Odczep się od piachu. Na mózg ci padł? O ziemi pod pomidory mówię. I ogórki. Może i buraki w tym roku by się udały. – zakończyła z niezrozumiałą dla mnie nadzieją. Niezrozumiałą ponieważ odkąd mamy ów spłachetek ziemi, a będzie to z 10 lat, jako żywo nie pamiętam, aby coś wyrosło nam normalnie. Kiedyś, po szczególnie intensywnym nawożeniu zaserwowanym działce przez mojego ojca, nie wyrosło nic poza metrowymi porami, z którymi sąsiedzi robili sobie zdjęcia, bo nikt nie chciał im uwierzyć. Por-rekordzista miał prawie metr dwadzieścia. Okazało się, że na ziemi ze stawów rosną tylko pory. Nawet perz szlag trafił. W kolejnym roku na ogórki padła zaraza, po której nie została nawet marchewka, bo jakoś zjadliwa była. Na następny rok po pogromie ogórkowym babcia zaopatrzyła się w stosowne środki przeciw zarazie i wypaliła wszystko poza marchewką, którą i tak zeżarły nornice. Rzodkiewkę z uporem maniaka co rok zjadają mrówki, buraki nigdy nie były większe od piłki do poing-ponga, pomidory wyglądały jak zły sen genetyka-psychopaty, pietruszka nie dała się wyrwać i trzeba było wykopywać ją widłami, żeby potem raczyć się długimi na metr i cienkimi jak spaghetti specyjałami, a aronią żywiła się cała rodzina szpaków czy innych wróbli. Generalnie działka, obficie zroszona potem babci, odwdzięczała się wybitnie pięknym perzem, bujnym zielskiem i przecudnymi bratkami. Bratki wysiały się same i przez Babcię traktowane były jak rodzaj chwastu. Czując do nich tylko wzgardę pozbawiała je troskliwej opieki, nie poświęcając im tyle uwagi co innym roślinkom. Może dlatego były takie piękne. W głębi duszy uważałam, że harowanie jak w kopalni po to by uzyskać cienką jak ołówek marchewkę i ogórki wielkości kciuka jest pozbawione sensu, ale starałam się ukrywać owe uczucia. Babcia by mi nie wybaczyła. Na wieść jednak, że znowu podejmiemy próby hodowli pomidorów-mutantów i zamrówczonej rzodkiewki postanowiłam zaprotestować. Tchórzliwie oczywiście.
- A po co to nawozić? Czy to coś zmieni?
- Ostatnio się nie udało bo za mało azotu było w glebie. W tym roku będzie inaczej – odparła nader uczenie babcia – zawsze to zdrowiej swoje warzywa jeść. I dzieci zjedzą i Zośka sobie weźmie.
Niewątpliwie własne ekologiczne warzywa to duży plus posiadania działki, ale jakoś zawsze wolałam te plastikowe i niezdrowe prosto ze sklepu. Przynajmniej wyglądały jak warzywa. I nie trzeba było ich najpierw wykopać lub urwać ich przy użyciu nader skomplikowanych technik i narzędzi, jak choćby sekator czy widły, wybrać z nich robali, obrać ze skóry godnej nosorożca, aby w efekcie uzyskać nędzny ochłap ekologii.
- Matka, przecież tu i tak nic nie wyrośnie, a to co ewentualnie zmutuje to i tak gryzonie wyżrą.
- Mam pułapkę na nornice. Wacek zrobił z puszek po piwie. Ponoć rewelacyjna.
- Ta kupa blachy to pułapka? – zdziwiłam się niepomiernie ponieważ już dawno chciałam spytać co to za potworne coś złożone z powiązanych drutem puszek po piwie, ale nie miałam śmiałości.
- Tak i dlatego trzeba nawieźć. – oznajmiła babcia jakby fakt posiadania kilkudziesięciu aluminiowych puszek determinował konieczność rozsypywania krowiego gówna na polu. Jasne, prawda?
- A skąd weźmiemy obornik?
- No właśnie i to jest problem. Bo od chłopa trzeba by kupić z tonę najmarniej. A pewnie za niemałe pieniądze. Nawet na gównie robią interesy – dodała z pretensją.
- Tonę? To chyba za dużo – pozwoliłam sobie wyrazić delikatną wątpliwość. Tona obornika wydała mi się lekką przesadą. Poza tym to chyba trzeba jakoś zakopać. Czy rozsypać. Przez chwilę miałam potworną wizję wideł i Jagny Borynowej na wozie.
- Po co ci tona? – zdziwiła się z kolei Babcia – kilka worków by wystarczyło. Tylko po pomidory, buraki i może ogórki?
- Może Marcin ma? – zasugerowałam nowego absztyfikanta mojej siostry, któren to z dziada pradziada chłop był i nawet inwentarz jakiś żywy posiadał. Kojarzyłam krowę, jako, że Hubert, mój siostrzeniec, coś o świeżym mleku mówił po wizycie u rodziców wujka.
- O właśnie. Marcin! Na pewno ma ze dwa worki nawozu. Dzwoń do Zośki, niech mu powie, żeby przywiózł ze wsi obornika i gnojówki. Jest bardzo dobra pod róże.
- W czym ma tą gnojówkę wozić? – zapytałam słabo, wybierając numer mojej siostry na komórce. Boże, moja matka zwariowała!
- No nie wiem,, w jakimś pojemniku. Beczce czy butelce. Czy ja wiem. Niech coś wymyśli.
- Halo?- spytała Zośka
- My w sprawie gnoju – zdążyłam powiedzieć bez sensu zanim Babcia wyrwała mi słuchawkę.
- Słuchaj, jest Marcin? Daj mi go do telefonu. Jak to po co? Przecież Marzena ci powiedziała. O obornik chcę go spytać. Obornik. Krowia kupa. Tak. No daj mi go wreszcie. Na działkę. – moja siostra w końcu chyba oddała telefon swojemu amantowi, ale jakoś tak niechętnie. Coś mi się wydawało, że narzeczony nie był zbyt dobrze rozeznany w kwestiach rodzinnych swej ukochanej, a i ona jakoś pewnie niezbyt chętnie go uświadamiała, jak sadzę. Na moje oko wyglądało, że chłop jak dąb i dużo zniesie. Bo i w moją siostrę wpatrywał się jak w nie przymierzając Matkę Boską od Aniołów, a jej akurat daleko do anielskości. Znaczy dla swej miłości zniesie dużo. Najwyraźniej jednak Zośka ryzykować nie chciała. Ale cóż było robić. Babcia to babcia. Jej się nie odmawia. .
- Marcin?, słuchaj dziecko potrzebny mi obornik. Tak ze dwa worki. I trochę gnojówki pod różę. Przywieziesz mi tam, od siebie? - czytaj: z tej zapadłej wiochy do wiochy miastowej – Samochodem. Potem Krzysiek przyjedzie i odbierze od ciebie. Umówicie się gdzieś. Na stacji albo u świętej pamięci męża. Tak. W beczce. A do butelek się nie da nalać? Zatkają się. Hmmm… No to coś wymyśl. Może w kuble? Na sobotę. No to pa i daj mi jeszcze Zośkę.
- Zośka? No to co u Huberta? – dalej popłynęły normalne pytania, co?, gdzie, kiedy?, z kim? A ja pogrążyłam się w kontemplacji czarownej wizji Marcina pakującego posłusznie obornik do niebieskich jak niezapominajki, worków na śmieci, które następnie załaduje do bagażnika swojej skody, razem z kubłami uprzednio napełnionymi gnojówką, żeby po przejechaniu 100 kilometrów przepakowywać ową uroczo pachnącą zawartość, przy pomocy mojego szacownego małżona, odzianego ,jak sądzę, w garnitur, do bagażnika almery. Oczywiście w trakcie tych wszystkich karkołomnych czynności obornik wysypie się na siedzenia, a gnojówka wyleje na parkingu. Mąż najpierw padnie na zawała, a później wróci dysząc żądzą bynajmniej nie erotyczną, a psychopatyczną i z szatańskim uśmiechem udusi mnie gołymi łapami, za idiotyczne pomysły. Bo do pracy będzie zmuszony jeździć szambiarką! Następnie moje sponiewierane zwłoki kilka razy zostaną przejechane przez Zośkę ciągnikiem, w zemście za odejście ulubionego absztyfikanta, który nie mogąc znieś presji wywieranej przez rodzinę swej lubej oraz smrodu wydobywającego się z bagażnika samochodu, porzuci ją niecnie. Jako powód podając ogólne zidiocenie rodzinne. Dwie rodziny zostaną zrujnowane tylko po to by wyhodować rzodkiewkę dla mrówek i marchew dla nornic

Pole tekstowe: April 8th, 2005

02:57 pm:

W ostatnich dniach wszystkich ogarnął szał odchudzania. Ilość kalorii, waga i cudowne diety przesłoniły świat, zgoła go pożarły. Nie można było zjeść głupiego cukierka nie narażając się na krwiożercze i co najmniej sępie spojrzenia i kąśliwe uwagi w stylu „są tacy co tylko by żarli”. Fakt, że cukierek był nikłych rozmiarów landrynkiem jakoś umykał uwadze ofiarom cud-diety. W pracy odchudzali się razem Adaś z Maryśką. Przy pomocy wyjątkowo cudownej i racjonalnej diety polegającej głównie na jedzeniu kefiru i szpinaku. Szpinak można było ewentualnie zamienić na brokuły. Dieta owa była co najmniej osobliwa ponieważ w którymś dniu można było zjeść kurczaka. Czytałam i czytałam fenomenalny przepis na chudnięcie i czegoś nie rozumiałam.
- Ty, tutaj jest napisane kurczak. Cały? – spytałam Maryśki, która w zasadzie odchudzania nie potrzebowała. Moim zdaniem mniej siedzenia, więcej ruchu załatwiło by problem.
- Tak, cały. Czytać nie umiesz?– warknęła głodna wściekle. Głód przekładał się u niej na rodzaj zimnej furii, aż strach było o coś spytać. Niemniej jednak ciekawiła mnie dieta w której można było pożreć całego kurczaka.
- No właśnie umiem i nie wierzę własnym oczom. Pomijam fakt, że dziwna taka dieta, ale w jaki sposób zamierzasz zjeść całego kurczaka? Na obiad?
- Teraz zeżarłabym świnię z kopytami, a nie jednego marnego ptaszka – odparła rozmarzona – choćby na surowo.
Przed oczami stanęła mi wizja Maryśki rozszarpującej gołymi rękami zwłoki bogu ducha winnego zwierzęcia. Wzdrygnęłam się mimowolnie.
- A ja to go sobie ugotuję – Adaś również oddał się mięsnym marzeniom – z listkiem laurowym i pieprzem.
- Albo z ziarenkami jałowca.
- Jałowiec to lepszy do mięsa.
- No właśnie mówię..
- Nie, kurczak to nie mięso, jałowiec dobry jest do mięsa. – powtórzył lekko zirytowany tym przykrym dysonansem w marzeniach Adaś.
Zdziwiłam się. Kurczaki przecież nie rosną na grządkach.
- Kurczak to też mięso – poinformowałam radośnie wszystkich, może głód padł im na głowę i myślą, że kurczak to coś zielonego, co ma dużo śmiesznych liści?
Obie wygłodniałe hieny posłały mi spojrzenie jasno mówiące co mam sobie zrobić z ową wiedza. Czułam się jak na balu kanibali.
- Kurczak to drób, dlatego nie nadaje się do niego jałowiec – poinformowała mnie cicho Marta, tak jak ja niepewna dnia i godziny. Kto wie co roi się w tych wyposzczonych umysłach.
- A w ogóle to uważam, że żadna dieta cud nie pomoże jak się później będzie żarło bez opamiętania golonki i pieczone schabiki – dodała jeszcze ciszej, mając świeżo w pamięci menu ułożone przez Adasia na święta. Czegóż tam nie było, i mięsa pieczone i rzeczony drób w skomplikowanych sosach i ciast wszelakich wiele, z nikłą tylko wzmianką na temat jakże zdrowych jarzynek, szpinaków i brokułów. Skutek widoczny był od zaraz. Adasia przybyło znacznie. Tak bardzo znacznie, ze chyba buty to mu żona wiązała bo ze schylaniem się miał niemałe trudności. Sapał wchodząc do biura, sapał siedząc i stukając monotonnie w klawisze, sapał nawet jak wykręcał numer telefonu. Jego sapanie towarzyszyło nam stale. Było okropne.
- A wiecie, jechałem sobie dzisiaj alejami i patrzę, a tam facet na stoliku takie piękne, dorodne drożdżówki wykłada – odezwał się Adaś marzycielskim głosem, do tej pory zarezerwowanym tylko do opisów dorodnych blondyn w butach za kolana – takie brązowe i apetyczne. Podjeżdżam bliżej, a to kierpce!
Nie wiedziałam czy mogę się śmiać. Na wszelki wypadek uciekłam do archiwum. Marta pobiegła za mną. A za nią Justyna i tak stałyśmy śmiejąc się jak trzy kretynki w komórce pełnej kurzu i starych papierzysk.
- Z czego się śmiejecie? – Zbyszek zaskoczył nas zupełnie, w końcu on w archiwum nie miał czego szukać. Wątpię czy był tu choć raz.
- Adaś kierpce na drożdżówki przerabia – odpowiedziała zaśmiewając się Justyna.
- Jak to? Kierpce na drożdżówki?
- Bo jemu to dieta już na głowę się rzuciła i wszędzie widzi pożywienie, nawet w kierpcach.
- Dobrze, ze tej skóry baraniej, co to ją zawsze górale mają, nie kupił i nie przeżuł – dodała Marta
- Kłaki by mu przeszkadzały
- On to i kłaki za trzy dni zeżre.
- To Adam znów się odchudza? – Zbyszek miał taką minę jakby doznał objawienia – to ja już rozumiem dlaczego rozmawiać się z nim nie da.
Pokiwałam głową. Faktycznie się nie da. Fazę odchudzania Adaś miał tak średnio co trzy miesiące. Z miernym efektem. Ostatnio odchudzał się marchewką. Po spożyciu 5 kilogramów surowej marchewki dostał trzy dni zwolnienia z powodu dolegliwości gastrycznych. Ha, dolegliwości gastryczne! Ledwo go wywlekliśmy z toalety, żeby Maryśka mogła pojechać z nim do lekarza, który stwierdził znaczne odwodnienie organizmu i inne skutki fantastycznej diety.
- A wiecie gdzie tu w pobliżu jest jakiś lekarz? – Zbyszek również nie zapomniał tego wstrząsającego przeżycia jakim było wleczenie Adasia do samochodu i pakowanie go na siłę do malutkiej skody Maryśki. A następnie wywlekanie go do gabinetu. Tę część znaliśmy tylko z opowiadań. I tak nam to wystarczyło.
- Chciałeś czegoś tak w ogóle czy w celach towarzyskich nas szukałeś – zainteresowała się Justyna, gdy już przestaliśmy się śmiać.
- chciałem od Adasia, ale z nim nie ma rozmowy, potem pytałem Maryśkę, ale ona jak i on, tylko warczy. To pomyślałem, że może wy wiecie kiedy będzie dostawa?
- Maryśka też się odchudza – poinformowałam go, niech chłopak wie na co się naraża – może Marta dowie się o dostawę, na nią nie będą wrzeszczeć.
- Ciekawe co ich powstrzyma? – zadała retoryczne pytanie przedstawicielka ludu pracującego po powrocie na miejsce pracy. W końcu do 17:00 nie mogliśmy sterczeć w archiwum.
Szacowny małżonek, również dojrzał do podjęcia męskiej decyzji o zastosowaniu diety. Zaraza jakaś czy co? Może wiosna tak na wszystkich działa? Małżonek odchudza się stosując dietę 1000 kalorii. Każdy kęs przelicza na owe magiczne cyferki, licząc niczym Ebenezer z Dickensa. Jem ciastko i słyszę.
- A wiesz, że ta delicja co ją właśnie zjadasz ma 15 kalorii.
Czuję owe 15 kalorii w przełyku i oczyma duszy widzę jak zostają przerobione na kilogram tłuszczu. Zjadam wobec tego jabłko.
- Jabłka nie są dobre bo zawierają dużo cukrów. Wiesz ile kalorii ma to jabłko?
Czuję się jak Królewna Śnieżka, jabłko staje mi w gardle. Po kilku godzinach katorgi nie wytrzymuję i usiłuję delikatnie zwrócić uwagę mojemu skarbowi uwagę, że niekoniecznie słusznym jest zwracać uwagę ukochanej kobiecie, że spożywa zbyt dużo. Różnie może się to skończyć.
- Odczep się ode mnie! Przestań gapić mi się w zęby! Ciastka mi żałujesz?! – pytam z żelazną, kobiecą logiką, nieco zirytowana. – ciastka nie, jabłka nie. To co mogę zjeść? Łyżkę otrąb? Czy ja wyglądam jak kura?
- Nie, ja tylko chciałem – nie pozwoliłam mu dokończyć. Już ja wiem co chciał.
- Każdy kęs mi teraz będziesz wyliczać? Uważasz, ze za dużo jem?! Już ci się nie podobam bo twoim zdaniem jestem za gruba! - nie ma jak ciąg przyczynowo-skutkowy. Szacowny małżonek z nieco skonsternowanym wyrazem twarzy usiłuje wytłumaczyć mi, że on tylko tak mówi, informacyjnie.
- Od informacji to jest telewizja TVN 24! Nie jestem głupia i też wiadomości oglądam. Myślisz pewnie, ze jak mieszkam na wsi to już nie wiem co się dzieje na świecie? Nie tylko ty oglądasz serwisy!
Fakt, że małżonek wiadomości raczej nie ogląda bo od roku jakoś nie udało mu się zamontować anteny odbiorczej nie ma raczej znaczenia. Szacowny małżonek, czując, że zrobił coś złego, ale nie bardzo wiedząc co umilkł zupełnie.
- Dlaczego nic nie mówisz?- pytam zirytowana – Nie masz już o czym ze mną rozmawiać. Pewnie, ja nie jestem partnerem do rozmowy, tylko do garów się nadaję bo nie wiem czy Billy Holiday to mężczyzna. A na dokładkę dowiaduję się, ze jestem za gruba!
- Do jakich garów?- zdziwił się niepomiernie małżonek – przecież nie gotujesz.
- No tak, nie gotuję, nie sprzątam, do rozmowy się nie nadaję i jeszcze wyglądam jak maszkaron. Dziwne, że ze mną wytrzymujesz. Pewnie z trudem.
- Nie mówię, że nie sprzątasz tylko, że nie gotujesz.
- To przecież to samo. Nie zwróciłeś uwagi, że jeszcze pracuję i nie mam czasu latać ze ścierą. A i kotlecików mielonych nie będę ci robiła.
- Nie chcę żadnych kotlecików. I nie chciałem. Nigdy nie chciałem. Nie lubię mielonych kotletów.
- No jasne, wielkopańskie wyłażą ci maniery. Kotleciki mielone to w ząbki gryzą, ty byś tylko bażanty jadł albo inne przepiórki. A kto niby ma je robić? Ja? Ciągle przy garach? – żelazna logika była ciągle obecna.
- No i po co ci to było? – spytała retorycznie Babcia wchodząc do kuchni, gdzie prowadziłam uroczą konwersację z Szacownym Małżonkiem – teraz to w ogóle się do niej nie odzywaj bo nie wiadomo za co dostaniesz po łbie. Zupełnie jej odbija.
- Wcale mi nie odbija, ale ta ofiara diety twierdzi, że za dużo jem. Kalorie mi wylicza! – fuknęłam oburzona do głębi – a potem jeszcze mówi, że jestem głupia i nie oglądam wiadomości.
- Nic takiego nie mówiłem – mruknął cicho mąż.
- Dlaczego uważasz, ze moja córka jest głupia? – spytała z zaciekawieniem babcia – w końcu geny w jednej drugiej ma po mnie. I sadzę, że jestem wyjątkowo mądra.
Małżonek tylko patrzył z jakąś taką beznadzieją. Nic nie mówiąc.
- Jak ma jakieś głupie to po ojcu – dodała babcia domagając się odpowiedzi.
- Ojciec nie jest głupi tylko charakter ma podły – sprostowałam
- Ty tez do świetlistych istot nie należysz i charakter masz wstrętny.
- Nieprawda, mam bardzo dobry charakter. Prawda, Krzysiu?
Maż nie mówił nic. Zupełnie nic. Pewnie nie chciał się narażać.
- No co może nieprawda? – spytałam grzecznie – jestem miła i uprzejma i w ogóle.
- Taaa, szkoda, ze tego nie widać – sarkastycznie mruknęła Babcia
- Wiesz, ty też do najłatwiejszych nie należysz, moja droga Matko.
- Z tobą to i święty by nie wytrzymał. Kłótliwa babo!
- Uspokójcie się! – powiedziało dziecko wchodząc do kuchni – Matka dlaczego krzyczysz na Babcię?
- Nie krzyczę, rozmawiam tylko.
- Właśnie, że krzyczysz, słyszałam – upierał się podły bachor.
- Właśnie, dlaczego na mnie krzyczysz? – spytała babcia biorąc żmiję na kolana – bo matka ma kłótliwy charakter. – dodała celem wyjaśnienia
- Wcale nie mam charakteru. Nie opowiadaj bzdur dziecku – zirytowałam się – wyrażam tylko swoje zdanie.
- Ciekawe, że zawsze głośno i dobitnie.
- Tata, a matka ma kłócący charakter. Babcia mówiła. Pobawisz się ze mną? – mąż podle zdezerterował wybawiony propozycją gry w piłkę, tam w pokoju. A ja wcale nie mam kłótliwego charakteru. Zobaczyli by co to jest kłótliwy charakter gdybym zaczęła się odchudzać.