Pole tekstowe: January 29th, 2005

12:02 pm: ...
Babcia wielką estymą darzyła Chiny, ich kulturę, a szczególnie medycynę chińską. W czasach kiedy nikomu nie śnili się bioenergoterapeuci na każdym rogu ulicy, korzystała z usług jednego z pierwszych w Polsce akupunkturzystów. Od tego czasu polecała tego typu zabiegi każdemu potrzebującemu, stawiając siebie jako żywy przykład skutecznej terapii. Cokolwiek to było, czy wbijanie igieł czy autosugestia, pomogło. Niemniej jednak pozostawała bardziej niż sceptyczna w stosunku do wszelkiej maści terapeutów, konchowaczy uszu i jasnowidzów. Skorzystawszy, jak twierdzi z ciekawości, z usług wróża oraz uzdrawiaczki energii stwierdziła, że sama może za 150 złoty polatać dookoła kogoś ze świeczką, nawet mruczeć niezrozumiale, acz uczenie będzie. Natomiast przepowiednia arcymistrza tarota, jako, że właśnie takim mianem określał siebie ów wróż, napełniła ją głębokim niesmakiem, ponieważ po pięciu latach nadal rychło nie stała się wdową i nie przeniosła się do krajów egzotycznych i ciepłych w towarzystwie ponętnego milionera. Pech. Mimo tak wielkich zawodów w kwestii wiedzy tajemnej pozostała wielbicielką medycyny naturalnej. Na fali owego uwielbienia nabyła sobie chińskie kule zdrowia. Nabyła je wysyłkowo, więc oczekiwanie coraz bardziej i bardziej podsycało jej ciekawości w kwestii uzdrawiających właściwości owych kul. W końcu nadeszła wiekopomna chwila i paczka nadjechała. Zięć Roku własną ręką, pieczołowicie tuląc paczkę do piersi, dostarczył nader pożądany towar, mający dokonać cudu. Jaki ma być to cud bliżej nie zostało sprecyzowane. Na pierwszy rzut oka Babcia cieszyła się całkiem dobrym zdrowiem, pomijając normalne dolegliwości związane z wiekiem. Jednakże cud miał się dokonać. Niemalże na naszych oczach. Uroczyście i z wielką pompą paczka została otwarta. W środku, pieczołowicie zawinięta w bąbelkową folię, spoczywała szkatułka obita czerwonym materiałem w chiński, albo taki udający, wzór. Babcia przejęta z wielką ostrożnością odchyliła wieko. Naszym głodnym oczom ukazało się wnętrze wyściełane, jakżeby inaczej, czerwonym aksamitem, na którym spoczywały, we specjalnych wgłębieniach, dwie chińskie kule zdrowia. Po tak pasjonującym początku poczułam się nieco rozczarowana. Kule jak kule, z niebieskiego tworzywa, ozdobione motywem słońca i księżyca, wielkości dużego jajka, nie wyglądały specjalnie uzdrowicielsko i zdrowotnie. No, ale ja w końcu się nie znam. W szkatułce znajdowała się też instrukcja obsługi. Poza wstępem, z którego można dowiedzieć się, że owe kule, ale pewnie nie te szczególne egzemplarze, mają 1000 lat i już od takiego czasu służą ratowaniu zdrowia, był przepis uzdrawiania. Otóż kule należy obracać w dłoni raz w jedną, raz w drugą stronę. Proste, prawda? Babcia jako właścicielka cudu pierwsza dostąpiła zaszczytu wzięcia go w dłoń i pokręcenia. Ku naszemu zdziwieniu kule dzwoniły. Całkiem przyjemny dźwięk. Zwabił on jednak dziecko które do tej pory ignorowało wiekopomną chwilę, zajęte oglądaniem bajeczki.
- Co to? – spytało stawiając niebezpiecznie blisko drogocennej szkatułki chlapiącą wokoło butelkę.
- Chińskie kule zdrowia – odpowiedziałam, zachłannie wpatrując się w Babcię – no pokręć w końcu – ponagliłam opieszałą według mnie Babcię.
- Kiedy nie umiem, jak to kręcić, tak? – spytała nieco zniecierpliwiona pokazując mi nieudolne próby kręcenia dwoma kulami. Faktycznie wyglądało jakby miała problem. Jako osoba niewielkich gabarytów dłonie również miała niezbyt wielkie. Dwie kule z trudem mieściły się w zgłębieniu dłoni, gdzie według obrazka z instrukcji miały się kręcić. U babci nie kręciły się nawet gwałtownie popychane. Razem wyglądało to mniej więcej jakby babcia miała coś wyjątkowo obrzydliwego na ręku i gorączkowo usiłowała to zrzucić. Bez powodzenia.
- Co robi babcia z kulami? – zaciekawione Dziecko raczej nie mogło pojąć dlaczego Babcia skręcona pod dziwnym kątem, usiłuje połamać sobie palce wprawiając w ruch dwie nader oporne kule.
- Babcia, ptaszku, właśnie się uzdrawia, na naszych oczach – odpowiedział Szacowny Małżonek, narażając się przy tym na cios wolną ręką. Babcia bowiem miała niezwykły refleks.
- Nie mądrzyj się tylko sam spróbuj – powiedziała wpychając mu w łapy cudotwórcze rekwizyty. Mąż jako osobnik słusznych rozmiarów nie miał specjalnych trudności w kręceniu kulami w ogromnym łapsku.
- O, proszę, trzeba kciukiem tak i wtedy same się kręcą. – udzielił ogółowi karłowatych istot instrukcji obsługi. W radosny nastrój wprawiła go chyba myśl, że żadna z obecnych osób nie ma tak długich i wyćwiczonych na gitarze giętkich paluchów.
- Ha, ha, takiś mądry bo masz łapy jak podolski złodziej. Dawaj, spróbuję jeszcze raz.- Babcia nie zamierzała się łatwo poddać. Mnie natomiast bardziej interesował leczniczy efekt owego kręcenia.
- I co czujesz coś uzdrawiającego?
- Jasne, czuję energię przepływającą od kciuka do łokcia, falami , a potem z łokcia do kolana bo się przecież na nim opieram – śmiertelnie poważny Zięć Roku nie zważał na niebezpieczeństwo zatłuczenia chińską kulą zdrowia.
- Tata, a dlaczego Babcia się uzdrawia? – Dziecko z trudem poradziło sobie z tak długim wyrazem jak uzdrawia.
- Bo Babcia chce być jak chiński cesarz i żyć 1000 lat co najmniej.
- Dlaczego? – ukochane pytanie Dziecka wprawiło nas w konsternację.
- Bo beze mnie ptaszku zginiesz marnie, przy tych dwóch leniwych staruchach, twoich rodzicach – odparła z godnością Babcia. Owej postawy angielskiej królowej nie mąciły ponawiane cały czas usiłowania kręcenia uzdrawiaczami. Nagle nastąpiła katastrofa. Jedna z kul, ta ozdobiona księżycem, gruchnęła o podłogę. Huk przyprawił nas o palpitacje serca.
- Łap ją! Nie potłukła się? – spytała babcia gdy już odzyskała dech. Drogocenna kula nie doznała uszczerbku.
- Nie spadła ci na nogę? – zainteresowałam się ponieważ wbrew pozorom uzdrawiający rekwizyt nie był wcale lekki.
- Babci upadła kula. – poinformowało nas dziecko, jakbyśmy przypadkiem nie zauważyli – uważaj babcia bo ci się popsuje – dodało.
- A w prasie ukaże się notatka „Wanda S. mieszkanka podwarszawskiej miejscowości doznała poważnego urazu stopy w wypadku z udziałem chińskich uzdrawiających kul” – nieoczekiwanie oznajmił jak najbardziej radiowym głosem Szacowny Małżonek. – „obrażeń doznał również zięć ofiary, Krzysztof S., którego chińskie kule wystraszyły na amen”.
- Ale ty podlec jesteś! – obraziła się Babcia – a poza tym ja już umiem nimi kręcić!
Z tryumfalną miną pokazała nam seans kręcenia kulami. Faktycznie, wychodziło jej to pięknie. Sięgnęłam do instrukcji.
- No to teraz jeszcze w drugą stronę pokręć – powiedziałam doczytawszy dokładniej.
- Jesteście dwie żmije hodowane na łonie!
- Mi się podoba Babciu! Mogę się pobawić kulami z tobą? – Dwulicowy Bachor, nie Dziecko – też chcę rzucać kulami!

Pole tekstowe: January 28th, 2005

10:13 am: ....
-Zjadłabym coś. Sama nie wiem co, coś takiego … wykwintnego – powiedziała babcia odrywając się od lektury grubaśnej księgi, której to oddawała się z wielką błogością leżąc na nieco sfatygowanej sofie.
-Ja też chcę coś zjeść – powiedziało dziecko radośnie wskakując na Babcię – chcę jajeczko.
Moim zdaniem jajeczko na miękko nie jest najbardziej wykwintną potrawą. Niestety Dziecko uznaje trzy potrawy w ogóle, bez zwracania uwagi na ich ewentualną wytworność: kiełbaska z pomidorami, jajeczko z pomidorami i pierogi z serem. Pozostałe rozkosze kulinarne są jej zupełnie obojętne. Mogą nie istnieć. Po co próbować przepiórek, skoro kiełbaska jest dobra? Najprawdopodobniej ma to po Szacownym Małżonku, który na śniadanie uznaje jeden rodzaj potrawy, aczkolwiek złożonej (śledź, kabanos, sok pomidorowy długo nic bułka) i tak od lat. Po co zmieniać to, co dobre? Najwyraźniej babcia nie znała tej zasady i domagała się posiłku, który odmieni monotonię ostatnich kolacji.
-Dobrze Ptaszku, dostaniesz jajeczko, ale sama chciałabym zjeść coś bardziej wyszukanego – odpowiedziała Babcia, nadal nie podnosząc się z sofy, a patrząc na mnie znacząco. Nabrałam podejrzeń. Czyżbym to ja miała przygotować ten wymarzony wytworny posiłek, składający się z nie wiem jakiej ilości nader eleganckich i zachwycających dań? Padł na mnie blady strach. Z powodu uzasadnionych wyrzutów sumienia poczuwałam się do przygotowania posiłku zarówno Babci jak i dziecku, ale myślałam o czymś znacznie pospolitszym, zwyczajnym i możliwym dla moich umiejętności kulinarnych, które pozostają na żenująco niskim poziomie.
-Mogę robić szpinak – wrzucić zamrożone kulki do gara, dołożyć coś tam, o czym napisali na pudełku i z głowy, spokojnie to potrafię.
-Szpinak?! A czy ja koza jestem, żeby traw
ę jeść? – prychnęła nobliwie Babcia – chciałabym coś wyszukanego, ale prostego. – zastrzegła szybko. Zna w końcu moje ograniczone zdolności.
-Mam jeszcze kalafior, mogę zrobić – kalafior do gara z wodą, posolić i coś tam z bułką trzeba. Spoko, dam radę.
-Kalafior, hmmm… - zamyśliła się nieco – nie, nie mam ochoty na warzywa, może jakieś mięso?
Moi przodkowie to byli ci, przez których wyginęły mamuty. Wszystkie zeżarli. Wiedziałam, posiłek bez mięsa jest tylko nędzną przekąską. Prawdziwe żarcie to kawał schabu z kością albo kilogram żeberek. Na moje szczęście zarówno schab jak i żeberka pozostawały poza moim zasięgiem. W lodówce bowiem miałam jedną, małą paczuszkę z czymś, co najprawdopodobniej było mięsem, ale leży już bardzo długo i nikt nie pamięta co to oraz paczkę mrożonych pyz z farszem, które od biedy można nazwać daniem mięsnym.
-Z mięsa mogę ci zrobić ziemniaki z zsiadłym mlekiem i może został jeszcze jakiś nie pożarty przez Dziecko kawałek kiełbasy.
-Kiełbaska jest moja! – wrzasnęło Dziecko, do tej pory spokojnie przysłuchujące się ustalaniu dworskiego menu. Teraz jednak zaniepokojone możliwością pozbawienia ulubionego posiłku postanowiło głośno i stanowczo zaprotestować. – Babcia, ja będę jadła kiełbaskę. Ty zjedz ciasteczko. – ciasteczko nie należy do faworytów jedzeniowych, można więc się go bez żalu pozbyć na rzecz Babci. Ale od kiełbaski wara!
-Oczywiście, kiełbaska jest dla ciebie, mama wymyśli coś innego – spojrzenie, jakie mi posłano było bardzo wymowne i jasno pokazywało, co się moż
e ze mną stać jak będę miała jeszcze tak głupie pomysły jak zjadanie dziecku kiełbasy. Co najmniej od ust jej oderwałam ostatnią okruszynę mięsa! Potwór, nie matka. Fakt, że Słodkie Dzieciątko przed kilkoma minutami pochłonęło masę pierogów z serem zagryzając to parówką jakoś umknął uwadze Obrończyni Kiełbas.
-No to zdecyduj się co będziesz jadł, bo mi się koncept kończy. Marudzisz jak nie przymierzając primadonna. Mogę zamówić pizzę.
-I to mówi matka dziecku i żona mojego zięcia. Wstyd, żebyś ty głupiej kolacji zrobić nie umiała. Wymyśl coś. Są kobiety, które potrafią zrobić wykwintny posiłek mając do dyspozycji jedno jajko i trochę mąki.
-Tak, a jednym kurczakiem nakarmią osiem osób i jeszcze na zapiekankę im zostanie. Za to jajecznicę robią z jednego jajka i kilograma mąki. I, że przypomnę, jak zrobiłaś taką wspaniałą potrawę to nawet pies jej nie chciał. Masz dzieci od 32 lat, a taka sama mądra jesteś jak ja. Nie wypominając ci chociażby krokiecików ziemniaczanych – na samą myśl o tym wspaniałym daniu zrobiło ścierpła mi skóra na plecach. Coś potwornego, wielkie, niekształtne buły z ziemniaków pełne grud, z mąki i źle pokrojonej cebuli zalane czymś, co w założeniu miało być sosem pomidorowym, ale nie było.
-To było dawno. Nie zmienia to jednak faktu, że mogłabyś się postarać. Tyle kupujesz książek, kup, chociaż jedną kucharską. Może się w końcu czegoś nauczysz.
-Mamo, jak dobrze pamiętam to w tym domu znajduj
ą się, co najmniej cztery książki kucharskie, grubaśne i pełne wszelakich przepisów, żadnej nie kupiłam ja. Nie ustrzegło cię to jednak przed serwowaniem nam w młodości zupy kluskowej – woda na zmywaku, pełna kluchów i buroszarych szczątków warzyw, na powierzchni, której pływały kawałki spalonej cebuli z zawsze przypalonej zasmażki, brrrr…. – i innych tego typu wytwornych posiłków. Nie wymagaj ode mnie teraz cudu.
-Czasy były inne, w sklepach był tylko ocet i olej rzepakowy. Teraz masz możliwości. A poza tym twoja siostra umie gotować. Wystarczy minimum dobrej woli.
-Moje minimum to albo kalafior, albo szpinak albo ziemniaki. Ostatecznie, przy maksymalnym wysiłku, pizza na telefon.
-Zamów pizzę, nie wiadomo cło teraz mi zrobisz przez złośliwość. Pewnie coś trującego – powiedziała obrażona Babcia wracając do lektury. I to mówi kobieta, która kupiła cukinie zamiast ogórka, bo to w końcu to samo?!

Pole tekstowe: January 17th, 2005

09:46 am: z archiwum....
W końcu się udało. Dokonała wiekopomnego dzieła i napisała CV. Postanowiła bowiem zmienić pracę. Ten szpital jej nie odpowiadał. Tylko robali w nim nie brakowało. Poza tym nie było podstawowych rzeczy. I to szpitalu w stolicy europejskiego kraju. Wiało zgroza. Chciała pracować w miejscu gdzie jest sprzęt do pracy. Napisanie CV zajęło jej tyle czasu jakby była co najmniej Dostojewskim i pisała "Zbrodnię i Karę". Tytuł adekwatny. Następnego dnia udała się na poszukiwanie pracy.
Wzięła ze sobą Iwankę. Postać barwną i godną opisania. Otóż Iwanka jest najbardziej piersiastą kobieta jaką zna. Oprócz zdumiewającego biustu Iwanka posiada dobrze rozwinięty rozum oraz moralność podwórzowego kota. A raczej kotki. Vivien Leight wprawdzie to ona nie jest, ale gdyby tylko miała rozgrzany blaszany dach... Z braku laku korzysta z uroków wielkiego miasta. I wszelkich możliwości jakie ono oferuje.
Iwanka również chciała opuścić ten przybytek łez zwany Szpitalem. Kobiety zwykle chadzają w stadach więc utworzywszy bardzo szczególne stado ruszyły na poszukiwania. Na pierwszy ogień poszedł wymarzony szpital Iwanki. Przy wejściu przywitał nas niemiłosiernie zarośnięty człowiek w kusej, pasiastej piżamie, wydzielający wyjątkowo soczysty zapach, a który usiłował wyżebrać od nas papierosa. Został natychmiast odgoniony przez nader czujnych Panów z Ochrony, którzy przez ten bohaterski czyn chcieli zapewne zwrócić uwagę na prężące się pod czarnymi garniturkami mięśnie, na widoczne jak na dłoni guzowate czaszki, pokryte z rzadka meszkiem udającym włosy. Jako, że obie były zaaferowane czekającym ich zadaniem zostali jedynie obdarzeni spojrzeniem pogardliwym (ona) i zachęcająco-przepraszającym (Iwanka). Ruszyły w poszukiwaniu gabinetu Przełożonej Pielęgniarek. Twór to nader dziwny bo bliżej nieokreślony. Na logikę jest jednym z ważniejszych w instytucjach medycznych ponieważ zawiaduje najliczniejsza grupą zawodową, organizując przy okazji pracę szpitala jako całości. Niemniej jednak w rzeczywistości i w większości przypadków Przełożona Pielęgniarek niewiele może, niewiele robi i jedyne o czym myśli to o tym, żeby dogodzić tym co stoją wyżej, najmniej martwiąc się o podlegające jej osoby bo one w końcu nie mają żadnego wyboru. Pracować muszą. Oczywiście zdarzają się chlubne wyjątki dbające o etos zawodu, o wykształcenie i poziom personelu, mające zasady etyczne i generalnie będące czymś więcej niż marnym popychlem, ale jak na razie był to stwór mityczny, niczym potwór z Loch Ness, w szpitalach w których pracowała nie spotykany. Po przejściu niezliczonych kilometrów korytarzy, zręcznie omijając dziwnie snujących się chorych i pędzące w różnych kierunkach osoby w białych fartuchach dotarły w końcu pod gabinet Przełożonej Pielęgniarek. Framuga nieco odrapana, ale drzwi obite gustownym, modnym w latach siedemdziesiątych skóropodobnym skajowym materacem w brudnobrązowym kolorze. Nie było w co zapukać. Iwanka spojrzała na nią skonsternowana.
- No i co? Co teraz ? – spytała czerwona z przejęcia. Wydatny biust szaleńczo falował w rytm jej przyspieszonego oddechu
- Zapukaj we framugę, może usłyszy
- Ale jak? – Iwanka ze zdenerwowania zaczynała z ognistej brunetki przekształcać się w klasyczną blondynkę.
- No wiesz, normalnie. Zastukaj we framugę – swoje słowa poparła gestem jasno wyrażającym co Iwanka ma zrobić. Z daleka wyglądało to mniej więcej tak jakby chciała jej przyłożyć pięścią w oko w trakcie nader gwałtownej kłótni.
- Myślisz, że usłyszy?
- Nie dowiemy się tego stojąc pod drzwiami. Jeśli słyszy to co mówisz to na pewno cię nie przyjmie skoro nawet w drzwi nie umiesz stukać. Zrób to wreszcie!
Iwanka z determinacją zacisnęła usta i załomotała tak, że z kątów framugi posypał się tynk. W napięciu obie nasłuchiwały. Zza drzwi odpowiedziała im tylko cisza.
- Myślisz, że słyszała? – Iwanka spojrzała na nia zaniepokojona.
-Jak nie słyszała to znaczy, że umarła i tak cię nie przyjmie. Dziw, że tu ochrona nie przyleciała. Co tak walisz, miałaś zapukać, a nie wyrywać drzwi z korzeniami!
- Chciałam, żeby usłyszała – powiedziała ze skruchą – no i co teraz?
- Czekamy aż wróci, drugi raz tu nie przyjeżdżam, ja się boję.
- muszę zapalić z tych nerwów.
- Nie! Bo znowu ktoś się przyczepi, nie ruszę się stąd nawet na krok, a potem biegiem do wyjścia i nigdy więcej.
- Nie przesadzaj, mi się tu podoba
-Pewnie poznał swój swego, będziesz tu pasować – uśmiechnęła się do czerwonej na gębie, spoconej kobiety o pełnych przerażenia rozbieganych oczach i drżących rękach gorączkowo poszukujących papierosa w wielkiej torbie. Taaa, Iwanka zdecydowanie wyglądała jak klient tego przybytku. Korytarzem zbliżała się do nich elegancko ubrana, starsza kobieta. Z profesjonalnym uśmiechem odrzuciła do tyłu miodowozłote, kunsztownie ułożone włosy, szybko otaksowawszy je wzrokiem spytała miłym, wyćwiczonym głosem:
-Panie do mnie?
- Nie, znaczy tak – powiedziała idiotycznie - znaczy jeśli pani jest Przełożoną.
Gładkie czoło Eleganckiej Pani przecięła jedna, cieniutka zmarszczka, równie cienkie starannie wyskubane brwi uniosły się do góry.
- Ja do pani, a koleżanka w towarzystwie – Iwanka wykrzesała z siebie jakieś resztki intelektu
- Zapraszam – powiedziała otwierając drzwi ogromnym kluczem – porozmawiamy w środku.
Elegancka Pani dokładnie wypytała Iwankę na okoliczność poprzednich prac, zapatrywań na charakterystykę szpitala, ogólnoludzkie sprawy (Mąż, dzieci, rodzina?) po czym oznajmiła
- To ja zapraszam Panią w przyszłym tygodniu bo jestem tylko na zastępstwo, pani Jola wraca w poniedziałek.
Ręce im opadły. Półgodzinne przesłuchanie i superowska konkluzja. Ale cóż było robić? Podziękowały wylewnie w duchu miotając obelgi i wyszły na 35 stopniowy upał, aby udać się do kolejnego przybytku, tym razem dla niej. Jechały, jechały, jechały, autobus trząsł, było gorąco jak w piecu, a dość gęstą atmosferę urozmaicał jeszcze soczysty zapach bijący od niektórych. Wylazły na rozpalonej pustyni i powlokły się w stronę wejścia. Obie były czerwone na gębach, spocone jak myszy pod kwarcówka, kunsztowne fryzury jakby opadły i zwisały smętnie w postaci gdzieniegdzie poprzyklejanych do mokrej czaszki kosmyków. Bryła Szpitala była taka jak każdy szpital, szarobura, brudna i odrapana, tylko, że ogromna. W środku to samo - odrapane ściany, popękana posadzka. Udały się na kolejne poszukiwania. Iwanka kiedyś pracowała w tym szpitalu, robiła więc za przewodnika.
- Chodź dołem, tam jest przejście, przełożona musi być w tym nowym budynku - powiedziała ciągnąć ją ku schodom prowadzącym w jakieś piekielne kazamaty.
- Ty wiesz gdzie idziesz? - spytała gdy przeszły chyba miliony kilometrów korytarzy, starannie omijając dziwacznie wyglądające piece, porozkładane tu i ówdzie stare łóżka, i szafki szpitalne oraz bliżej nieokreślone obiekty. Szły w półmroku oświetlanym nielicznymi, przykurzonymi lampami, rzucającymi mdłe żółtawe światło. Osobliwe i bardzo niepokojące cienie czaiły się po kątach. Poczuła się nieco niepewnie
- No, tam za tym rogiem są drzwi i wyjdziemy prosto na ten nowy budynek – powiedziała Iwanka troszeczkę zduszonym głosem. Za rogiem było wyjście. Ciężkie, obite blachą drzwi zamknięte były na wielgachną kłódkę i dla pewności zabite jeszcze stalową sztabą. Pogapiły się trochę bezmyślnie na potworne odrzwia.
- I co teraz?
- Eeee, to chyba nie te drzwi, chodź dalej, tam musi być inne wyjście
- Tam to musza być nasi, ja się stąd nie ruszam. Zostanę tutaj, aż znajdą mój wyschnięty szkielet, a wcale się nie zdziwię jak znajdziemy tutaj poniewierające się szczątki. Co za beznadziejne miejsce.
Iwanka popatrzyła na nią ze strachem
-To ja pójdę przodem i sprawdzę a ty tu poczekaj.
Iwanka oddaliła się w mrok, a ona usiadła na jakimś szczątku łóżka z twardym postanowieniem, że nie ruszy się do końca życia i zostanie w tych lochach jako kolejny duch lub upiór.
- Jest! Jest wyjście – radosny wrzask Iwanki poderwał ją do biegu.
Hurra, opuści nienawistne piwnice, wyjdzie na światło, na słońce. Po pierwszych 5 minutach na palącym słońcu śladu bez cienia chciała powrócić do aksamitnej i chłodnej ciemności podziemi.
- Rany Boskie, jak gorąco – Iwanka ostrożnie otarła pot z czoła, chciała jednak zachować jeszcze niespłynięte resztki makijażu
– chodź szybciej to już niedaleko. Nowo wybudowany gmach jawił się jej jak oaza. Im były bliżej tym bardziej Iwanka odzyskiwała dobry humor.
- To jak już znajdziemy przełożoną to pójdziemy jeszcze na IV wewnętrzny, tam moja koleżanka jest oddziałową, a potem na Kardiologię, na mój stary oddział – paplała radośnie przyspieszając kroku. Prawie wbiegła do chłodnego holu wyłożonego gustowną seledynową wykładziną.
- Szukamy gabinetu przełożonej pielęgniarki – zaszczebiotała do pana ochroniarza siedzącego za szybą.
- Za rogiem, metalowa, nowa winda, 4 piętro, pokój 444 – odpowiedział nie podnosząc głowy znad pasjonującej lektury Faktu.
- Chodź schodami, będzie szybciej – Iwanka pociągnęła ją w kierunku klatki schodowej. Miała złe przeczucia. I nie pomyliła się. Ponownie przeleżała korytarze i klatki schodowe, przechodziła łącznikami, jeździła windą w górę i w dół. Miała wrażenie, że kilkakrotnie przechodziła obok tych samych robotników, co najmniej dwa razy widziała ten sam odział, a przełożonej nie było.
-Iwanka! Zatrzymaj się w końcu! – wrzasnęła gdy ta pędziła do kolejnej, chyba już mijanej klatki schodowej – robimy to jak ludzie – jedziemy na parter, a później na 4 piętro metalowa windą. I nie chcę słyszeć o kolejnym skrócie – ucięła w zarodku protesty Iwanki. Po krótkiej jeździe winda stanęły pod gabinetem przełożonej.
Były umówione na 9:00. Gdy dotarły było za 8:54.
-Zapukać? – czuła się trochę niepewnie, mama całe życie wbijała jej do głowy, że trzeba być punktualną, jak 9 to 9, a nie za sześć
- Pewnie – odparła Iwanka z ulgą siadając na krzesełku litościwie ustawionym przez jakąś dobrą duszę. Zebrała się na odwagę, przybrała O 9 przybrała inteligentny wyraz twarzy, żeby nie wyglądać na uśmiechającą się idiotycznie kretynkę ani na siostrę przedsiębiorcy pogrzebowego i zapukała. Cisza. Zapukała głośniej, może z wrażenia ogłuchła. Nic. Delikatnie nacisnęła na klamkę. Zamknięte. Zdziwiła się. No, ale co było robić? Usiadła obok Iwanki. Były tak zmęczone wędrówką przez nieskończone korytarze, że nie chciało im się nawet rozmawiać.
- Słuchaj, a może jej nie ma? – spytała Iwanka o 9:40, po umówionej przełożonej ani śladu.
- Nie, no chyba, że złamała nogę i leży gdzieś tam. Przecież to chyba poważna osoba, szefowa!, jak się umawia to przychodzi
- Raczej nie – spojrzała na nią Iwanka, a w tym spojrzeniu krył się smutek i jakieś zakłopotanie. To w końcu nie jej wina, że babsko nie przyszło. A tak się czuła.
- No to, co czekamy dalej?
- Cholera wie – wzruszyła bezradnie ramionami. Nagle na korytarzu rozległo się szybkie stukanie kobiecych butów. Ich oczom ukazała się postać odziana w zielonkawy, jak lody pistacjowe, uniform, szybko krocząca przez korytarz. Krótko ścięte, ale kunsztownie ułożone, oczywiście miodowozłote włosy, okalały wąską jak u łasicy twarz, w której dominowały wąskie, blade usta bez cienia uśmiechu.
- Panie do mnie? – spytała Nie tak sobie siedzą pod jej gabinetem, bo jedna zasłabła a druga ją podtrzymuje. Dlatego też są czerwone jak upiór i wpatrują się w nią złym wzrokiem
- Tak – odparła, wchodząc do gabinetu za Panią Przełożoną. Kobieta w seledynie zasiadła za biurkiem.
- Dyplom i prawo wykonywania zawodu – rzuciła sucho
Drżącą ręką podsunęla żądane dokumenty. Usta skrzywiły się z dezaprobatą.
- A gdzie oryginał dyplomu? – padło natychmiast pytanie, ale była gotowa
- Jest na uczelni, mam tylko ksero.
- To pani studiuje? – babsko zdziwiło się nieco
- Skończyłam już jedne studia, teraz jestem na II roku kolejnych – widać, że kobieta nawet nie pofatygowała się przeczytać CV. Fajnie, to dobrze wróży. Nastąpiła seria standardowych pytań – gdzie, dlaczego, i sakramentalne, dlaczego chce pani u nas pracować. Byłą tak zmęczona, że nie chciało się wymyślać, powiedziała, więc pierwsze, co przyszło jej do głowy.
- Bo to duży szpital Odpowiedź nie była zadowalająca. Zdecydowanie nie.
- Wie pani, że mogę przyjąć panią tylko na zastępstwo za kogoś, jak osoba, którą pani zastępuję wróci to pani umowa albo zostanie rozwiązana, albo przeniosę panią na inny odział gdzie będzie zapotrzebowanie. Pięknie, po prostu pięknie. Jakaś jednostka wpadnie na cudowny pomysł wcześniejszego powrotu i ja wtedy fru za bramę. Coraz bardziej mi się podoba ten szpital.
- Jaki oddział interesowałby panią?
- Izba przyjęć docelowo, ale zdaję sobie sprawę, że powinnam mieć nieco więcej doświadczenia na innych oddziałach niż chirurgia, więc myślę, że najlepiej byłoby zacząć od anestezjologii lub chirurgii.
- Nie, mam właśnie zastępczy etat na Izbie przyjęć, niech pani zejdzie i porozmawia z oddziałową i potem wróci do mnie.- seledynowe babsko zadzwoniło na izbę i szybko umówiło „kandydatkę” na rozmowę. Kandydatka została odprawiona iście królewskim gestem wąskiej upierścienionej ręki.
- Iwanka, nie ma sensu żebyś ze mną łaziła w te i we wte, idź sobie do tych koleżanek, ja cię później wydzwonię – powiedziała po bezszelestnym zamknięciu królewskich pokoi. Iwanka nie była przekonana, proponowała, że pójdzie z nią, ale w końcu zgodziła się, że wyglądałoby to, co najmniej dziecinnie. Powlokły się, więc z powrotem. Na Izbie, jak to na izbie tłok, hałas, chaos. Dotarła w końcu do nieosiągalnej oddziałowej po kolejnych długich minutach czekania.
- Dlaczego chce pani pracować na Izbie – cóż można odpowiedzieć na takie pytanie? Bo chcę? Przestało jej chyba zależeć, więc odpowiedziała zgodnie z prawdą, że chce i już. Pani oddziałowa też nie byłą zadowolona z odpowiedzi. Kolejna seria pytań – gdzie, kiedy, po co, ta przynajmniej robiła notatki, więc nie trzeba było powtarzać, co chwilę tego samego. Mimo widocznego niezadowolenia wezwała kawalerię.
- Teresko, to jest kandydatka do pracy”. Pokaż pani izbę i wtedy pani do mnie wróci. Poszła, więc za Tereską, w niebieskim, znaczy gorsza funkcja już nie seledyn. Pokazała jej trzy pokoje i kawałek korytarza, w sumie trwało to 10 minut. Cóż można ocenić w ciągu 10 minut, że się komuś podoba czy nie. Poza tym, co to znaczy podoba? Niby co? Kolor ścian? Specyfiki pracy i tak nie zdążyła nawet zobaczyć zza rogu, o czy mu, więc mówić pomyślała, gdy oddziałowa po powrocie zadała jej kolejne pytanie pod tytułem „i jak się podoba?”. Zamyśliła się nad odpowiedzią, chciała powiedzieć, co tak naprawdę myśli, niestety to też było nie tak
- No, niech pani odpowie – ponagliła ją wyraźnie zniecierpliwiona seledynowa kobieta Wydukała jakąś odpowiedź chcąc już iść z tego miejsca. Pójdziemy do szefa, usłyszała. Babsko wzięło kartkę, na której spisała najważniejsze fakty, mężatka, jedne studia skończone, drugie w trakcie, lat trzydzieści i pomaszerowała do gabinetu najważniejszego na Izbie.
- To jest właśnie kandydatka – przedstawiła ją niskiemu facetowi, który spojrzał na jej wyciągnięta do powitania rękę jak na wyjątkowo obrzydliwego robala, ale dzielnie uścisnął ją i wymamrotał jakieś nazwisko. Oddziałowa szybko i sprawnie przeczytała kartkę z danymi. I zamilkła. Szef spojrzał na nią i po raz kolejny musiała opowiadać, co, gdzie, jak, po co. Czwarty chyba raz odpowiadała na pytanie, dlaczego izba. Zaczynały ją boleć zęby. Starała się odpowiadać pełnymi zdaniami, jak ją uczono w szkole. Znowu źle. Szef przerwał jej natychmiast przy próbie powiedzenia o swoich kwalifikacjach, a była to odpowiedź na zadane wcześniej pytanie.
- Dziękujemy pani, skontaktujemy się z panią – powiedział nagle i odwrócił się do biurka. Oddziałowa na ten sygnał podreptała nerwowo do wyjścia znacząco na nią zerkając. Poderwała się również z rdzawoczerwonej kanapy, nie zdążyła powiedzieć do widzenia jak została wypchnięta z gabinetu.
- Proszę teraz iść do przełożonej – rzuciła oddziałowa na odchodnym. Cóż miała za wyjście, poszła z powrotem. Wcale się nie zdziwiła, gdy zastała gabinet zamknięty. Usiadła sobie pod drzwiami przeżywając w duchu jeszcze raz to, czego była uczestnikiem. Wiedziała już, że jej nie przyjmą, widać było to od początku, ale dlaczego ganiali ją przez trzy godziny po tym gmaszysku tego nie wiedziała. Po kolejnej pół godzinie czekania objawiło się babsko w seledynowym.
- Szef się nie zgodził na pani kandydaturę – zaczęła bez wstępów – czy chce pani iść na jakiś inny oddział?
- Nie – za nic na świecie nie chciała już przebywać w tym radosnym przybytku - Proszę tylko powiedzieć, dlaczego moja kandydatura została odrzucona – chciała wiedzieć, na czym poległa, w końcu człowiek uczy się na błędach
- nie musze pani tego mówić- padła odpowiedź. Fakt, nie musi, ale mogłaby. Nie zależało jej już na niczym,.
- Moje pytanie nie jest podyktowane tylko czczą zachcianką, chcę wiedzieć, co było przyczyna odrzucenia mojej osoby, aby móc w jakiś naprawić swoje ewentualne braki. Pani spojrzała na nią zdziwiona.
- Izba idzie do remontu, powstanie tam SOR i szef kompletuje obsadę już na ten nowy oddział, czyli ludzi ze znajomością medycyny ratunkowej. A, tak, o tym nie ma pojęcia. Może, dlatego, że nigdy nie pracowała w pogotowiu, na izbie, czy w takim miejscu. No cóż przyczyna sensowna. Czemu jednak musiała latać przez ponad 3 godziny po szpitalu nie wiedziała. W końcu kobieta siedząca przed nią była świadoma, czego, a raczej, kogo szukają, znała jej cv, wiedziała, że chirurgia ogólna, gastroenterologia i pokrewne tak, ale nie medycyna ratunkowa. I mimo to wysłała ją na marnujące czas i nerwy zupełnie niepotrzebne rozmowy. Bez sensu. Wyraziła swoje zdziwienie z postawy panie przełożonej. Pewnie już w tym szpitalu to nawet herbaty na stołówce nie dostanie.

Pracę otrzymała w następnym szpitalu, na chirurgii urazowej. Bez latania po wszystkich piętrach, stukania obcasami i przesadnej biurokracji.
Czyli można normalnie.