Pole tekstowe: December 20th, 2004

11:37 am: ...
Z trudem trzymając się końcami palców bliżej nieznanej mi części wagonu metra ponuro rozmyślałam nad złośliwością losu. Rano Dziecko odmówiło współpracy w kwestii pójścia do żłobka. Urządziło karczemną awanturę odmawiając założenia chociażby majtek, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanych częściach garderoby. Postanowiło, że dzisiaj zostaje w łóżku i będzie oglądać Kubusia Puchatka. Decyzja ta wydawała się być nieodwołalna. Łagodna perswazja spotkała się tylko ze wzgardliwym prychnięciem, mniej łagodne wleczenie z łóżka i wpychanie w odzienie na siłę, poskutkowało potwornym, iście apokaliptycznym rykiem i wrzaskami, których nie powstydziła się godzilla. Bachór został w końcu opakowany właściwie do wyjścia, ale kosztowało mnie to wiadro potu i sine łydki, ponieważ awanturniczy potomek nie patrzył gdzie wierzga. Wleczony siłą do samochodu prezentował bierny opór, przyprawiający mnie o szczękościsk i mordercze skłonności. W żłobku koszmarne sceny powtórzyły się prawie z tym samym repertuarem wrzasków, z dodatkowymi jękami na niedobrą matkę. Jedynie dzięki nowo postawionej choince mały tyran zgodził się łaskawie pozostać w szacownej instytucji opiekuńczej.
Na granicy furii, mocno już spóźniona na punkt zborny, gdzie odbierał nas Adam, pospieszyłam na przystanek tramwajowy. Z powodu kryzysu księgarniczego miałam tylko jedną i to niezbyt grubą książkę, na cały okres upojnej jazdy do pracy. Z obawą wpatrywałam się w żałośnie chudy, zabiedzony wręcz wolumin. Świadomość, że mogę pozostać bez lektury na przeraźliwie długą drogę nie poprawiała mi humoru. Tramwaj przyjechał nawet szybko. Usadowiłam się, więc w strategicznym niewiejącym punkcie wagonu i oddałam się, z drżeniem serca, lekturze. Po kilkunastu chwilach i ze trzech przystankach dalej, skonstatowałam fakt, że pojazd nie jedzie. W wagonie pozostałam tylko ja i pan, najwyraźniej nadużyty. Na całej długości torowiska, jak okiem sięgnąć stały bezczynne tramwaje. Cisnące mi się na usta przekleństwa nie należały do może najbardziej wyszukanych, ale niewątpliwie dobitnych. Wylazłam z wagonu i powlokłam się w stronę najbliższej stacji metra, jednocześnie sięgając po telefon. Miałam wątpliwą przyjemność poinformowania sterczących na mrozie współpracowników, że właśnie tramwaje się popsuły i niestety się spóźnię. Na pomysł zejścia do metra wpadło oprócz mnie jeszcze jakieś 50 osób, więc na peronie kłębił się tłum dziki i zbity, rzucający spojrzenia ponure i nieżyczliwe. Tłum zafalował groźnie i ścisnął się jeszcze bardziej, gdy w tunelu pojawiło się światełko zwiastujące przybycie pociągu. Samo wchodzenie do wagonu polegało na niestawieniu oporu przy wpychaniu na siłę do wagonu. Trzymać się mogłam jedynie niezidentyfikowanej blaszki wystającej ze ściany, o wyjęciu książki czy chociażby o poprawieniu ręki ściskającej plecak mogłam tylko pomarzyć. Wiedziałam, że gdzieś tam pod kłębowiskiem jest i mój plecak i ręka, ale nie miałam ani z jednym ani z drugim kontaktu wzrokowego. Na plecach leżał mi całkiem przystojny młody człowiek, które to leżenie może by i mi w innych okolicznościach sprawiło wymierną przyjemność, ale w tej konkretnej chwili doskonale czułam, iż ów młody człowiek spożył na śniadanie potrawę obficie przyprawioną cebulą i czosnkiem, włosów nie mył tylko smarował jakimś czymś wydzielającym woń niczym bardzo mokry pies, jadący na wyjątkowo spoconym koniu w polu lawendy, a w plecaku, który opierał mi na, za przeproszeniem, odwłoki trzymał potwornie twarde i kłujące części do ciągnika. Osobiście starałam się zbytnio nie sapać w futrzany kołnierz bardzo eleganckiej pani, aczkolwiek stanowiło to duży problem, ponieważ futro było chyba z lamy i fruwające wszędzie małe kłaczki kręciły mnie w nosie. Obok mnie zupełnie niewzruszona dziewczyna w dziwacznym anoraku wielkości niedźwiedzia polarnego czytała „Bożych wojowników” Sapkowskiego. Pochwaliłam wybór, książkę dobrze się czyta, ma tylko trochę dłużyzn przy opisie broni i innych takich, ale to bardziej przekonanie osobiste niż obiektywna ocena. Ucieszyłam się, więc bo przynajmniej przez ramię mogłam jej poczytać, nie musząc zważać na wszelkie atrakcje dodatkowe w postaci śmierdzących młodzieńców i owłosionych elegantek. Przeczytałam, więc co było do przeczytania i czekałam, aż przekręci kartkę. Czekałam i czekałam i czekałam i nic. Nadal te same marne dwie kratki. Nie mogłam dyskretnie sprawdzić czy panna nie śpi, bo stała do mnie tyłem, ale wydawało mi się, że oddycha. W końcu nastąpiła wiekopomna chwila i kartka została obrócona. Odetchnęłam z ulga i przeczytałam, co mogłam. Resztę zasłonił mi potwornych rozmiarów paluch, odziany we włóczkowe rękawiczki, w zadziwiającym zielono-brązowym kolorze. Paluch ani drgnął przez 5 minut. Jak ta kobieta czytała nie wiem, może przez tą włóczkę? Niemniej jednak nie odkryłam tajemnicy, ponieważ w końcu dojechałam do swojego przystanku. Czekający na mnie ludzie świetnie się bawili obżerając się służbowymi pączkami z różą. Nie wiem po się aż tak denerwowałam, ze tu stoją biedni, zziębnięci, co najmniej w walonkach i przy nędznych kozach. Impreza trwała w najlepsze, gdy w końcu wyleciałam z rozwianym włosem z podziemi przy dworcu centralnym. Oczywiście „mojego” pączka ktoś zupełnie przypadkiem pożarł zupełnie bez sumienia.
Świnie, nie ludzie….

Pole tekstowe: December 16th, 2004

09:09 pm: ...
W mieszkaniu panowała błoga cisza. Oczywiście nie licząc psychopatycznego Sąsiada z Góry, który cierpiał na natręctwa, każące mu 24 godziny na dobę tupać, stukać i tarzać się po podłodze, targać krzesła skrzypiąc przeraźliwie terakotą, łomotać łóżkiem, imitując atak padaczki, ogólnie czyniąc nieprawdopodobną, jak na jednego człowieka ilość hałasu. Oprócz monotonnego łomotu z góry w mieszkaniu panowała błoga cisza. W końcu było prawie wpół do pierwszej w nocy, powinno być cicho. Nacisnęłam send wysyłając w przestrzeń wirtualną upiornie długie zestawienie, nad którym ślęczałam od wieczora. Należała mi się nagroda za długą i owocną pracę wyciągnęłam, więc z lodówki gin i tonic z zamiarem zrobienia sobie zasłużonego drinka. Już miałam wlać mile pachnący lasem płyn do szklanki, gdy zadzwonił telefon. Ki diabeł o tej porze dzwoni pomyślałam lecąc do aparatu.
- Halo? – wydyszałam w słuchawkę, usiłując przy okazji mówić cicho, żeby nie daj boże nie obudzić Dziecka i babci
W słuchawce słychać było jedynie lekkie trzaski, a po chwili dziwaczne dyszenie, jakby ktoś schodził na atak astmy.
- Halo? Halo? – zapytałam ponownie, mają wizję umierającego kogoś usiłującego dodzwonić się do pogotowia, mylącego w zdenerwowaniu numer i dziwnym trafem łączącego ze mną.
- Czy potrzebuje pan pomocy? – spytałam jeszcze, odruchowo wybierając męską formę – niech pan zapuka w słuchawkę, jeśli tak – dodałam przypominając sobie gorączkowo telegraf, alfabet morsa i okrętowe chorągiewki. Na chorągiewki nie miałam, co liczyć, ale alfabet morsa to chyba rozpoznam. W słuchawce słychać było tylko dyszenie i jakieś jęki.
- Z kim rozmawiasz? – spytała Babcia stając za mną niczym duch
- Matko boska, chcesz, żebym padła na zawał?! Czego się skradasz –wrzasnęłam wystraszona prawie na śmierć
- Nie drzyj się tak, dziecko obudzisz. Coś się stało, że Krzysiek dzwoni?
- To nie Krzysiek.
- A kto? – bardzo wiktoriańska Babcia spojrzała na mnie podejrzliwie, mężatka przyjmująca telefony po 21! Wiało zgrozą i dezaprobatą.
- Nie wiem, bardzo dziwnie oddycha, jakby miał astmę. Znasz kogoś z astmą?
- Daj tę słuchawkę, sprawdzę – Babcia przez chwilę słuchała w skupieniu dźwięków dobywających się z telefonu. Nagle spojrzała na mnie z błyskiem zrozumienia w oczach i wyszeptała tragicznym szeptem
- To twój ojciec. Umarł.
- Jak to? Już? – zdziwiłam się niepomiernie, przed chwilą jeszcze dyszał i co tak nagle zszedł? Nie wierząc usiłowałam wyrwać Babci słuchawkę. Ta była jak przyspawana do dłoni pobladłej nagle kobiety.
- Daje nam znak. Z zaświatów.
Przyznam, że poczułam się nieco niepewnie. Myśl, że mój ojciec cieszy się w miarę dobrym zdrowiem i, że gdy widziałam go wczoraj wyglądał raczej na żywego nawet mi nie zaświtała. Poczułam nagle nieokreśloną pretensję. Nie dość, że zszedł to jeszcze dzwoni po nocy, ludzi budzi. Bałwan jeden.
- A po co? Prosił go kto? – spytałam retorycznie. Chwilę później poraziła mnie nagła myśl.
– Przyznaj się, prosiłaś go o to?
Babcia była do tego zdolna. Na pewno zmusiła drogiego zmarłego, żeby tłuk się po budkach telefonicznych czy innych kablach dając znaki, że istnieje życie po śmierci. Jej żelaznej woli nikt nie śmiał się przeciwstawić. Babcia popukała się energicznie słuchawką w głowę.
- Musiałabym chyba upaść na głowę, żeby go o to prosić. Za życia by wrzodem na tyłku, strach pomyśleć, co by wymyślał po śmierci. Sam na to wpadł.
- Może chciał się pożegnać – zasugerowałam nieśmiało.
- Chyba raczej upewnić się, ze mu na trumnę nie napluję – odpowiedziała mściwie babcia i krzyknęła do słuchawki – A właśnie, że przyjdę, założę najlepszą kieckę, żebyś zobaczył co tracisz! Ha!
Zaśmiawszy się jeszcze wzgardliwie trzasnęła energicznie słuchawką o widełki.
- Powiedziałam mu! A teraz dzwoń do Zośki, niech leci do ojca i sprawdzi co tam się dzieje. – zarządziła rozsiadając się na łóżku z miną jasno wyrażająca, że na krok się nie ruszy póki moja siostra nie potwierdzi smutnego faktu. Co było robić? Zadzwoniłam.
- Mmmm? – zabrzmiał pytająco głos Zośki.
- To ja, idź do ojca i sprawdź czy nie umarł przypadkiem.
- mmmm – potwierdziła Zośka i rozłączyła się. Spojrzałam bezradnie na Babcię.
- Daj mi ten telefon. Ja ją obudzę. Zośka? To ja, mama. Tak, twoja mama. Wstań i idź do ojca. Zobacz czy nic mu nie jest. Nie mrucz mi tu w słuchawkę. Ja to nie ten twój misio. Wstań i idź do ojca. Natychmiast. Może jeszcze żyje. Słyszysz? Nie śpij jak do ciebie mówię! Zośka! Co za żmija na łonie. – powiedziała odkładając słuchawkę. Jej również się nie powiodła nocna Polaków rozmowa z moją siostrą. To było do przewidzenia, obudzenie mojej siostry było mniej więcej tak łatwe jak budzenie świstaków w grudniu. Albo Szacownego Małżonka o 6:30.
- To może zadzwonię do ojca? – zaproponowałam wykręcając znany mi numer. Po kilku sygnałach odezwał się mój mocno zaspany, ale jak najbardziej żywy ojciec.
- Nic ci nie jest? Żywy jesteś? – spytałam nad wyraz delikatnie. Nie jest łatwo pytać człowieka czy jest żywy, nie budząc podejrzeń o swoje zdrowie psychiczne.
- Tak mi się wydaje, ale nie wiem jak długo pociągnę, jeśli będziesz mnie budzić o pierwszej w nocy.
- Da mi go – wysyczała mi w ucho Babcia – ja z nim porozmawiam. I nie czekając na moją odpowiedź wyrwała mi słuchawkę z ręki.
- Jak się czujesz? Nic ci nie jest? Nie ważne dlaczego dzwonię, odpowiadaj na pytania. Ciśnienie mierzyłeś? Dobrze. Nie przychodź do mnie po śmierci. Jak to po co? Pożegnać się. To się z własną byłą żoną pożegnać nie chcesz?! Świnia z ciebie za życia i po śmierci! Jak zwykle. Przyjadę jutro, olej mi w samochodzie zmienisz, za to, że taki podły jesteś. Dobra. Już ja cię znam. O 16:00. No to cześć. – usatysfakcjonowana rozmową Babcia odłożyła w końcu telefon.
- Ciekawe, kto to był? Nie wiem, kto jeszcze mógł umrzeć i dawać nam znaki – zastanawiała się głośno.
- Przestań mnie straszyć, nie lubię nieboszczyków snujących się po domu. Psują atmosferę.
- Atmosferę psują za życia, jak gniją. Duchy nie śmierdzą.
- Skąd wiesz, spotkałaś jakiegoś? A poza tym gnije się po śmierci.
- No dobrze, idę spać. Rano się dowiem.
Jakoś odechciało mi się ginu z tonikiem. Wypiłam sam gin. I wlazłam pod kołdrę czują lodowaty powiew na plecach. O dziwo, alkoholowe lekarstwo na duchy podziałało świetnie i natychmiast zasnęłam. Obudził mnie telefon. Moja siostra dzwoniła, żeby się upewnić czy dzwoniłyśmy do niej w środku nocy, czy to tylko sen. Potwierdziłam fakt, tłumacząc przyczyny. Zośka dostała ataku śmiechu. Najprostsze wyjaśnienie nie przyszło nam do głowy. Gdy w pokoju unosił się niedoszły duch mojego ojca jakiś zboczeniec onanizował się w jakiejś obskurnej melinie. Nikłe to pocieszenie, że mu Babcia na trumnę napluje.

Pole tekstowe: December 13th, 2004

07:49 pm: ...
W nocy zachorowała Psica. Nic zaskakującego u 16 letniego przedstawiciela psowatych. Jak na ich standardy to i tak żyła długo. Od dawna spodziewaliśmy się, że ta chwila nadejdzie. Problem był omawiany wielokrotnie i zgodnie stwierdziliśmy, że jeśli będzie cierpiała, jeśli rokowania będą marne to ją uśpimy. Nadszedł w końcu dzień, w którym Psica nie mogła ruszyć tylnymi kończynami, leżała tylko na posłaniu i pojękiwała. Widać było, że nadszedł na nią koniec. Na dom spadł całun smutku i żałości.
- Patrz, niby umiera a szyneczki sobie nie odmówi – powiedziała Babcia, karmiąc psa najlepszą dostępną w domu wędlinką. Patrzyłyśmy zdumione jak Psica z wielką chęcią i błyskiem w oku zajadała Specjalną Szyneczkę Dla Dziecka, poświęconą w całości na zachęcenie chorej do przyjęcia środków przeciwbólowych.
- Co chcesz, to pewnie jej ostatni posiłek. Niech je, nie żałuj jej. – rozczuliłam się klęcząc pod stołem, bo tam właśnie mieszkała Psica – Masz, zeżryj wszystko. Zaraz weźmiemy cię do pana weterynarza, który ci na pewno pomoże.
- Definitywnie – dodała Babcia.
Jak umyśliłyśmy wcześniej pies został ostrożnie przetransportowany do samochodu i powieziony do Całodobowej Lecznicy Weterynaryjnej, która leczyła swego czasu naszego kota. Niestety z marnym skutkiem. Po długotrwałych i kosztownych walkach z choróbskiem kot umarł. Niemniej jednak pamiętałyśmy, że pracujący tam ludzie są w zasadzie życzliwi i raczej normalni.
Pan Weterynarz, który przyjął nas i Psicę dziwnym trafem przypominał weterynarza Freda z bajki Dziecka. Miał taką samą minę, połączenie naiwności i misji. Tak samo zbudowany, niewysoki w identycznym, jak swój bajkowy odpowiednik, swetrze z owczej wełny i zielonej kamizelce. Najwyraźniej Fred był archetypem Weterynarza i posiadał, wszystkie cechy przynależne do tego jakże szlachetnego zawodu pomyślałam. Czekałam tylko aż zza drzwi wyjdzie Kozioł Karat i autorka romansów Pani Wioletta. Otrząsnęłam się szybko z szoku wywołanego spotkaniem z Weterynarze Fredem gdy dotarło do mnie, że właśnie mnie o coś zapytał.
- Co? – zapytałam niezbyt mądrze.
- Pan pyta, co się stało – odpowiedziała mi Babcia, nie kwapiąc się do rozmowy z Panem Kukiełką
- A, tak, z psem znaczy – musiałam szybko przestać gadać głupoty, bo w brązowych oczach Weterynarza zakwitało pomału przeświadczenie, że ma do czynienia z jakimś kompletnym, nierozgarniętym przygłupem, a nawet dwoma. Współczujące spojrzenie spoczęło na siedzącej na stalowym stole Psicy. Pewnie jak się ma wariatki za właścicieli to nie wiadomo, co się mogło stać – No, więc pies od rana nie może chodzić i jęczy. Ma nowotwór nieoperacyjny sutków i boimy się, że to przerzuty. Przyjechałyśmy, żeby Pan ją uśpił, co by się nie męczyła niepotrzebnie. Ma już szesnaście lat. – dodałam, gwoli usprawiedliwienia.
Pan Weterynarz, nie powiedział nic tylko pomacał psa po brzuchu i zażądał postawienia go na podłodze. Ku naszemu bezbrzeżnemu zdumieniu Psica, którą znosiłyśmy we dwie po schodach z powodu niedowład kończyn dolnych, radośnie, aczkolwiek lekko krzywo, biegała wokół naszych nóg. Spojrzenie, jakie posłał nam Pan Doktor było bardzo wymowne.
- Chcecie uśpić psa tylko dlatego, że ma szesnaście lat i kłopoty z kręgosłupem? – zapytał głosem aż kapiącym od oskarżenia i jadu. No tak, Psica nie wyglądała na umierającą. Wyszło na to, że jesteśmy dwiema okrutnymi morderczyniami biednych i niewinnych starych psów. W celu usprawiedliwienia swego podłego czynu wymyśliłyśmy mocno naciąganą historyjkę o rzekomej chorobie nieszczęsnego zwierzęcia. Spojrzałam na współmorderczynię wpatrująca się w czubki adidasów jakby tam miała mieć objawioną największą prawdę w życiu.
- Nie, przywiozłyśmy ją właśnie żeby Pan nam powiedział, co mamy robić. Nie wykluczamy uśpienia, gdy powie nam pan, że sprawa jest beznadziejna. Nie chcemy żeby się męczyła. – odparłam usprawiedliwiając się żarliwie, jak seryjny morderca na procesie. Pan Weterynarz najwyraźniej mi nie uwierzył. Widać było, że wysoce niepochlebny komentarz ciśnie mu się na usta z siłą huraganu. Zwyciężył jednak profesjonalizm i troska o Psa, ograniczył się, więc do wzgardliwego prychnięcia, świadczącego o tym, co naprawdę myśli o mnie, mojej mamie, współwinnej i całej naszej najwyraźniej zwyrodniałej do szpiku kości rodzinie.
- Dam jej psu lek przeciwbólowy i przeciwzapalny i to na razie musi wystarczyć, później zaczniemy kurację kręgosłupową, gdy minie ostry stan – powiedział sięgając do szafki po stosowne lekarstwa. Cisza panująca w samochodzie, kiedy wracałyśmy do domu z cudownie uratowanym z łap zdegenerowanych płazińców psem, była bardzo wymowna. Niegodziwa degeneratka, będąca do dzisiaj moją mamą, w końcu nie wytrzymała ciężkiej atmosfery wyrzutów sumienia i wybuchła.
- Cholerny weterynarz Fred! Przecież nie chciałyśmy jej zamordować tylko ulżyć w cierpieniu. Całe szczęście, że nie musiałyśmy tego robić.
- Raczej powinnaś się cieszyć, że trafiłyśmy na Franciszka z Asyżu, bo gdyby to był taki konował to zabiłybyśmy podle psa z powodu bólu korzonków, a nie uśpiły z przyczyn humanitarnych.
- Wiesz, że mi ulżyło. Nie wiem jak ludzie popełniają eutanazję, Przecież to tylko pies, a czułam się jak jakiś oprawca – westchnęła w zadumie.
- A bo ty w ogóle dziwna jesteś. – odparłam pukając do sąsiadki, u której na czas zbrodniczych czynów pozostawiłyśmy Dziecko. Dziecko nie było raczej zachwycone widząc nas w drzwiach.
- Chce wziąć ptaszka – oznajmiło z któregoś pokoju, niewidoczne dla naszych oczu.
- Jakiego ptaszka?
- Tego – odpowiedziało zniecierpliwione, z tonu głosu sądzę, że poparło wypowiedź wymownym gestem.
- papugi – podpowiedziała Sąsiadka. Przypomniałam sobie, że jakieś trzy lata temu podarowałam swoje papużki-nierozłączki młodszemu synowi. Zdziwiłam się niepomiernie – to one jeszcze żyją?
- Jedna, i całkiem dobrze się ma. – mruknęła stojąca za mną Babcia i głośniej dodała, wchodząc śmiało do pokoju, w którym jak się domyślałam przebywała nieśmiertelna papuga – idź do domu, ja zaraz przyjdę. Dziecko po powrocie zmieniło swój list do świętego Mikołaja. Teraz jedynym i najważniejszym prezentem był ptaszek, najlepiej zielony. Babcia po dzisiejszych przeżyciach odżegnywała się od posiadania jakichkolwiek jeszcze zwierząt, Szacowny małżonek na myśl o posiadaniu w domu ptaka padłby trupem, a potem poszedłby się wyparzyć, z powodu chord bakterii, które na samą myśl o tym fakcie na pewno go opadły. Pozostało mi tylko znalezienie mechanicznej papugi. Zielonej.

Pole tekstowe: December 10th, 2004

12:28 pm: ...
Wracam z pracy ciemną noca. Tak wyszło, przenieśli nas przecież o 40 kilometrów od Warszawy. Chociaż tyle dobrze, że po trasie katowickiej. Wysiadam na rogu trasy i bocznej drogi prowadzącej do Magdalenki. Zakręt oświetlony jest rzęsiście przez żółte latarnie. Tam też czekam na Babcię, która przyjeżdża po mnie razem z Dzieckiem w ramach akcji charytatywnej „Pomóżmy Matce bo zimno”. Pomna wieloletnich doświadczeń jeżdenia komunikacją miejską i wystawania jak słup na ciemnych przystankach noszę strój maskujący. Składa się on z potwornej barchanowej czapy w szaroburym kolorze, z pięknym haftem maszynowym przedstawiającym odblaskową choinkę. Nakładanej na normalny strój ludzki obszernej kurtki a’la cieć z kotłowni, tylko nie pikowaną. Niestety nikt nie miał klasycznego waciaka. Spodnie niestety mam normalne, ponieważ ciężko byłoby techać jeszcze dodatkowe spodnie, ale pocieszam się myślą, że szata wierzchnia jest wyjatkowo długa i obszerna, więc skrywa jedyną przywoita rzecz, jaką mam na sobie. Nogi obute mam w wytworne zgniłozielone trapery lub, jeśli aura na to pozwala w nieco przybrudzone adidasy. Całośc wieńczą rękawiczki w odblaskowe paski. Na plecach spoczywa niczym garb bury plecak, wypchany z reguły papieryskami. Ogólnie wygladam jak garbata istota nieokreślonej płci pracująca w kotłowni PGR-u. I mimo tych wszystkich zabiegów, starannego dobierania stroju i planowania są tacy, którzy biora mnie za pobocznicę składając przeróżne propozycje świadczenia usług erotycznych. Nie mieści mi się w głowie jak wielka musi być ich desperacja skoro chcą płacić za seks z cieciem.

Pole tekstowe: December 9th, 2004

10:19 am: ...
Wynurzyłam się z otchłani snu słysząc dalekie wołanie „matkaaa, matkaaa”. Poczułam również nieubłagane łapy ciągniące mnie za rękaw koszuli. Po chwili te same małe, spocone dłonie podniosły powiekę mojego zasapnego oka i już całkiem wyraźnie usłyszałam głos Dziecka:
- Matka, śpisz?
Z trudem mogłam dojrzeć małą postać w piżamie ozdobionej różowymi psami. Było strasznie ciemno.
- Która godzina? – spytałam nielogicznie bo przeciez Dziecko nie ma pojęcia, która godzina. Czas to jeszcze dla niej abstrakcja. Bardzo duża jak dowodził naoczny przykład
- Trzecia – odpowiedziała – wstań już.
- Słuchaj, idź ty do łóżka. Trzeba jeszcze spać. Jest noc. – powiedziałam grzebiąc goraczkowo wokół siebie w poszukiwaniu telefonu. Oczywiście znalezienie czegokolwiek w egipskich ciemnościach graniczyło z cudem. W końcu udało mi się wymacać prostokątny kształt w nogach łóżka. Dziecko miało rację - była trzecia.
- Nie mam plasterka – w głosie Dziecka słychać było bezbrzeżny żal do tajemniczych złodziei plastrów w Kubuśiem Puchatkiem.
- Plasterka?- spytałam nie wierząc własnym uszom – Jakiego plasterka?
- Z Tygryskiem i Prosiaczkiem i Kubusiem i Maleństwem – cierpliwie tłumaczyło zramolałej i na pewno zidiociałej z wiekiem matce.
- Po co ci plasterek w nocy?
- Bo miałam, a teraz nie mam. Zginął. – oznajmiła jakby był to fakt nie wymagający tłumaczenia. Przemknęło mi przez zaspany mózg, że istotnie jak był i go nie ma to znaczy zginął.
- Przecież jest noc. W nocy plasterek jest niepotrzebny, tym bardziej, że nie masz żadnej ranki.
- Mam bo miałam plasterek.
- Miałaś plasterek, bo ci się podobał, a nie dlatego, że musiałaś mieć.
- Chcę mieć go z powrotem. Taki z Tygryskiem.
Przeklęłam w duchu własną nieubłaganą głupotę, każącą mi nabyć kolorowe plastry dla dzieci.
- Idź do łóżka, musisz jechać do żłobka i znowu nie będziesz chciała wstać. Rano dostaniesz nowy plaster.
- Ale ja chcę teraz! – Dziecko znajdowało się niebezpiecznie na granicy wpadnięcia w histerię.
- Przecież ci tłumaczę, że w nocy nie nakleja się plasterków tylko się śpi. Rano nakleję ci ten plaster.
- Daj jej ten plaster i bandaż i kłąb waty tylko niech w końcu idzie spać! – wrzasnęła strasznym głosem Babcia wstając z łóżka – Ja chcę spać! Idę jutro do pracy i muszę być przytomna!
Chcąc, nie chcą pod presją dwu nieubłaganych harpii, jednej chcącej plasterka, a drugiej spać powlokłam się do kuchni, gdzie ukryty przed wścibskimi oczami Bachora leżał cholerny plaster. Wyszarpałam jeden z pudelka z trudem opanowując chęć rozszarpania go na drobne szczątki i nakleiłam go na skrapliwie wyciągniętą łapę Dziecka.
- Zadowolona? Teraz pójdziecie obie spać? – zawarczałam patrząc na Babcię.
Wróciłam do ciepłego, miłego łóżka. Do normalnej pobudki zostało mi jeszcze dwie i pół godziny. Udało mi się w końcu zasnąć na 15 minut, gdy zadzwonił budzik. Od przewracania się na łóżku miałam siniaki nawet na łokciach, obejrzałam wszystkie durne powtórki teleturniejów, wysłuchałam audycji w radio, przeczytałam dwadzieścia razy jedna kartkę książki i teraz jestem kompletnie nieprzytomna. Współczuje ludziom cierpiącym na bezsenność.

Pole tekstowe: December 7th, 2004

08:45 pm: ...
Dokonałyśmy z Babcią wiekopomnego dzieła. Otóż wybrałyśmy prezent na gwiazdkę dla Dziecka. Ma być to Sklep, taki ze wszystkimi utensyliami, możliwie duży. W celu nabycia owego upragnionego prezentu udałyśmy się do prawdziwego sklepu z zabawkami, jak nakazywała logika. Niestety jak się poniewczasie dowiedziałyśmy w naszym mieście nie ma sklepów z zabawkami. Z powodu konkurencji wielkich molochów w pobliżu. Cóż było robić, udałyśmy się do Molocha. Już od wjazdu na parking widać było ogólne szaleństwo i obłęd. Na ogromnym obszarze nie było ani jednego miejsca do postawienia samochodu. Babcia w zaciekłym szale jeździła po wąskich alejkach czatując wśród podobnych jej, ogarniętych ponurą furią osobników, na miejsce. Jakiekolwiek miejsce. Wbrew sobie i swoim zasadom jeździła nawet po odległych od wejścia terenów. W końcu udało się jej wypatrzeć osobnika, który wyjeżdżał. Szalonym slalomem między zaparkowanymi pojazdami wjechała z iście ułańską fantazją w alejkę, z której właśnie usiłował wyjechać poganiany przez wściekłe spojrzenia zielony opel. Widać było, że na to miejsce czatuje jeszcze jeden nieszczęśnik zmuszony do pobytu w tym piekle kierowców. Miał pecha bo stał po przeciwnej stronie. Byłyśmy pierwsze. Z wielką satysfakcją i złowieszczym chichotem Babcia wjechała w dopiero co zwolnione miejsce. Na co dzień miła i uprzejma kobieta w średnim wieku, za kierownicą swej rakiety marki Fiat stawała się co najmniej Aniołem Piekieł, chociaż w chwili parkowania przed Molochem bardziej wyglądała jak Władca Ciemności. Posłała jeszcze jedno czerwonookie spojrzenie kierowcy czatującemu naprzeciwko i na powrót stała się zwyczajną Babcią.
- Co tak się gapisz, wychodź, nie będziesz przecież siedzieć w samochodzie – posłała mi spojrzenie po którym wyskoczyłam z samochodu jak z katapulty, z trudem opanowując chęć ciągłego biegu. Pod wiatą na wózki wózka nie było, co było do przewidzenia. Chyba cały pobyt w Molochu będzie polegał na czatowaniu. A to na miejsce parkingowe, a to na wózek. Ciekawe co jeszcze nas tam czeka pomyślałam przelotnie. Wytropiłyśmy w końcu kobietę, która zmierzała do samochodu, po krótkiej perswazji zgodziła się oddać wózek. Nastąpiła szybka wymiana dwuzłotówek i mogłyśmy z naszym zdobycznym wózkiem tryumfalnie wjechać do Molocha. W holu powitała nas, jakże by inaczej, monstrualna choinka. Obwiązana wstążką i udekorowana przerażająco wielkimi mikołajami wyglądała jak koszmar wszystkich choinek. Duże choinki na pewno mówią małym, że jeśli będą niegrzeczne to staną się takie jak ona i skończą jako ozdoba hipermarketu. Otrząsnąwszy się z szoku ruszyłyśmy na poszukiwania prezentu. To znaczy chciałyśmy wyruszyć, ale z powodu nadmiernej ilości kłębiących się wszędzie ludzi bardziej wyglądało to jak bieg z przeszkodami anemicznych żółwi.
- Gęba mnie boli od mówienia przepraszam – poskarżyła się Babcia, która z determinacją pchała przed siebie wózek – gdzie te cholerne zabawki?
- na pewno gdzieś na początku, w końcu to czas żniw – pocieszyłam ją zręcznie wymijając niedźwiedzia gryzli udającego kobietę. Zapach futra nie budził wątpliwości. Był to gryzli. – O, tam widzę, za tym potwornym tłumem.
Istotnie po przebiciu się przez mur ciał dojrzałyśmy regały zapełnione reklamowymi snami dzieci. Tylko, że nam nie były potrzebne lalki Barbie, w każdym rodzaju i rozmiarze wraz z akcesoriami za jedyne 159,99 złoty czy sikająca na wszystko lalka za 298,99. Chciałyśmy sklepu. Z wielka determinacją przepychałyśmy się od regału do regału, mijając ludzi z równie zaciętymi minami i błyskiem szaleństwa w oku, pilnie wypatrując upragnionego przedmiotu.
- Jest, widzę go. Tam na drugiej półce od dołu – wrzasnęła nagle strasznym głosem Babcia i pchana niezrozumiałym szałem pogalopowała w stronę słońca, to jest zabawki dla niespełna trzyletniego Dziecka. Pudeł z obrazkiem straganu było co najmniej cztery. Na pewno nikt przez te cztery sekundy, które zajęłoby nam dotarcie do niech, by ich nie wykupił. Niestety rozum zostawał chyba przed parkingiem. Pognałam więc i ja ogarnięta ogólnym szaleństwem, roztrącając na boki bogu ducha winnych ludzi. Dopadłam w końcu do Babci i wyciągnęłam wytęsknione pudełko. Jakież było nasze rozczarowanie i wręcz rozpacz gdy okazała się, że w pudle dumnie nazwanym supermarketem, znajduje się tylko stragan i kilka plastikowych owoców. Nie pierwszej z resztą jakości. A gdzie kasa, skaner, koszyki i inne wymarzone elementy wymyślonej zabawki?
- To chyba trochę za mało – powiedziałam nieśmiało niepewna reakcji Babci, która wyglądała jakby za chwilę miała paść trupem.
- No pewnie, że za mało! To jakieś gówniany szajs za kupę pieniędzy. Gdzie jest kasa? Gdzie koszyk? – zadała retoryczne pytanie, patrząc na mnie jakbym była winna braku kasy w pudełku. I koszyka, jako niezbędnego wyposażenia każdego, bez wyjątku, sklepu.
- Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą – zobaczmy dalej, może są jakieś inne modele.
Niestety nie było. Był tylko wybrakowany stragan. Babcia nie była zadowolona. A jak Babcia nie jest zadowolona to najlepiej być daleko od miejsca jej niezadowolenia. Ku swojej uldze ujrzałam najnowszy model zabawkowej kasy fiskalnej, posiadającej wszystkie wymagane przez Babcię funkcje.
- Patrz, ma tu takie coś co pika i wyświetlają się cyferki. No, a tu napisali, że odczytuje załączone karty kredytowe – z gorliwością najlepszego sprzedawcy zachwalałam towar.
Babcia nie była w stu procentach zadowolona.
- Nie ma wagi. Na czym ma ważyć? – zapytała tonem głosu sugerując, że chce jej wcisnąć jakiś bubel.
- Wagę dokupimy oddzielnie. Patrz, tu jest jedna z tej serii. Całkiem podobna do normalnej.
- No dobrze – łaskawie zgodziła się babcia przez chwilę przemieniona w Królową Elżbietę – może być. To ja kupię jej kasę i wagę. Ty musisz wymyślić coś innego.
Pokiwałam skwapliwie głową, gotowa zgodzić się na wszystko byle Jaśnie Pani była zadowolona. W końcu Wnuczusia to najważniejsza dla niej istota na świecie. Dla niej wszystko i biada temu kto nie spełni wymagań. Ech, a wydawało się, że to moja matka. Przed kasami kłębiły się tłumy. Lecz o dziwo spotkało nas niebywałe szczęście. W chwili podchodzenia do kas jakaś pani otworzyła zamkniętą uprzedni kasę i wcale uprzejmie zaprosiła nas do siebie. Teraz upragniony prezent w ukryciu acz dumnie spoczywa na szafie. Pozostaje tylko jedna kwestia co kupić Dziecku pod choinkę?

Pole tekstowe: December 6th, 2004

01:27 pm: ...
Z wielką przykrością musiałam pożegnać się z onetem. Chociaż „wielka przykrośc” jest eufemizmem wymaganym przez polityczną poprawnośc. Nie lubię onetu. Właściwie bez przyczyny. Najbardziej żałuję zeszłych wpisów. No, ale cóż. Jak chce się miód to ma się pszczoły jak z lubością powtarza Marta. W końcu przestała ją boleć głowa w Nowym Biurze, ale powróciła chęć do serwowania nam 10 ulubionych powiedzonek, 20 najbardziej przydatnych przysłów narodowych i 100 najpopularniejszych sentencji łacińskich. Niemniej jednak mam nikłą satysfakcję, że wyleczyłam ją korzystając z nieprzebranej skarbnicy świetnych pomysłów, cudownych ozdrowień oraz spektakularnych zjawisk natury duchowej, czyli „Wróżki”. W końcu żadna żywa istota nie straciła życia przy odprawianiu skomplikowanego rytuału odwracania żyły. Wszystkie okoliczne kury odetchnęły z ulgą. Ceremonia polegała na uroczystym przyczepieniu przeźroczystą taśmą klejącą małego ostrosłupa z kryształu do krzyżaka krzesła Marty. Brzmi okropnie skomplikowanie, cała operacja trwała z 10 minut, z czego 7 spędziłam na odklejaniu się od potwornie lepliwej taśmy klejącej i na uspokajaniu Adama, który z purpurą na twarzy poganiał mnie strasznie, bo nie daj boże ktoś strasznie ważny zobaczy te niegodne pracowników zachodniej firmy w 21 wieku czynności, rodem ze średniowiecza. Pewnie wczesnego. Śniła mi się Majka. Pewnie, dlatego że mam wyrzuty sumienia. Nie dzwoniłam do niej ze 2 miesiące. Niby to całkiem proste. Wziąć telefon i zadzwonic. W końcu mamy wspólny temat, z tym, że ona ma termin na jakiś grudzień chyba. Problem polega na tym, że mnie te rozmowy tak średnio interesują. Nawet na mój własny temat. Ile można analizować, przewidywać i planować. Potem i tak rzeczywistość nijak się ma do wyobrażeń. Szacowny małżonek pewnie skręciłby się ze śmiechu czytając te słowa. On uważa, że trzy zdania na temat „gdzie potomek będzie spał?” jakie Mu nieopatrznie zadałam to już przesada, a kupowanie wózka i wybór kolorów obicia wywołuje u niego ataki paniki połączone z utrata oddechu i sinieniem na twarzy. Mając wzgląd na jego delikatną konstrukcję psychiczną nie zabieram go na zakupy. Po co mam się męczyć i stać z zaciętą miną przechodzącą wraz z upływem czasu w pełne zrezygnowanie, a nawet rozpacz, i patrzeć jak usiłuję kupić zupę dla Dziecka, krem do rąk, jakieś coś na surówkę, właściwy makaron do sosu, najlepszy papier toaletowy czy kubek z Misiem Puchatkiem. Nie pogania mnie tylko w księgarni. Watpię czy chciałby spróbować. Są granice odwagi nawet dla prawie dwumetrowego faceta.
Otrzymałam właśnie przesyłkę z wielką ilością papierzysk, które jak tylko wyciągnę je z koperty pokryją mnie kurzem niesmaku. Wczytywanie się w radosną twórczośc przeróżnych przedstawicieli szlachetnego zawodu Referenta Do Spraw przyprawia mnie o ból głowy. W takich chwilach rozważam nabycie ogromnego betonowego ostrosłupa i zrzucenie go na głowę co poniektórym biuralistom. Ale jak nieustannie powtarza mój Szef musze być bardziej asertywna, zrzucanie czegokolwiek na kogokolwiek nie mieści się w jego pojęciu asertywności. Mogę jedynie wyżyć się w pisaniu nader uprzejmych pism z delikatnym zaznaczeniem nieco nielogicznych fragmentów w wyżej wymienionych dokumentach stworzonych w wielkim trudzie przez interlokutora papierowego. A przecież wiem wszystko o nielogice. Idąc do apteki po watę na bałwana nabyłam plaster z Tygryskiem, kompletnie zapominając o wacie. Bałwan został zrobiony z podartego na małe szcząteczki różowego papieru toaletowego woniejącego niby-różami. Dziecko nieco nieufnie podchodziło do różowego pomysłu uparcie twierdząc, że bałwanki są białe, bo i śnieg jest biały. Przyjęło jednak wyjaśnienie, że to jest bałwanek zaczarowany i dlatego jest różowy. Kto i dlaczego go zaczarował pozostało kwestią otwartą. Moja inwencja twórcza nie została jednak doceniona przez Babcię, która wcale niedelikatnie zwróciła mi uwagę, że w naszym posiadaniu jest pewna ilośc archaicznej waty, służącej niegdyś do stawiania baniek oraz uszczelniania okien. I wystarczyło zapytać, a nie robić z siebie kretyna. Muszę jednakowoż przyznać, że bałwanek z waty wyglądał lepiej niż mój, podle wzgardzony i określony mianem niedorobionego różowego paskudztwa. Dziecko ciągle uważa, że Babcia to rodzaj wróżki, nawet bałwanki odczarowuje.