Pole tekstowe: March 3rd, 2005

01:40 pm:

Trzeba było iść na spotkanie. Integracja ważna rzecz . Nie bardzo uśmiechało mi się integrowanie, z co poniektórymi, ale jak mus to mus. Powstał jednak odwieczny problem w co do diabła mam się ubrać?
Postanowiłam wysondować pozostałe zaproszone panie.
- Idziesz na to spotkanie? – zagadnęłam nader zręcznie Marysię.
- No, idę, a co? – odburknęła mało życzliwie, może dlatego, że usiłowała wygenerować głupawe zestawienie z ponoć logicznego programu.
- Zrób sobie większy zakres dat i przerzuć do Excela i tam filtruj – poradziłam życzliwie- a w co się ubierasz?
- Wiesz, chyba tak zrobię - Marysia z ulgą odchyliła się na krześle i spojrzała na mnie – Normalnie, w jakąś kieckę i coś na grzbiet
- Kiecka taka bardziej minimalistyczna czy pełen wypas?
- Przecież nie koronki, może taka mała czarną, albo spódnica i bluzka, sama nie wiem, ale nic wykwintnego przesadnie. A ty?
- No właśnie mam problem, kiecka powiadasz, hm – zamyśliłam się. Czy posiadam jakąś kieckę?
Posiadam, ale raczej takie bardzo kwieciste i z falbaneczkami. Odznaczam się, bowiem totalnym brakiem gustu i preferuję styl przez niektórych określany mianem wieś tańczy i śpiewa. Od totalnej kompromitacji w kwestiach stroju ratuje mnie rodzina skrupulatnie sprawdzając strój przed wszelkimi wyjściami. Zauważone koszmarnie złe połączenia były, czasami przemocą, zdzierane mi z grzbietu i zamieniane na coś, co było akceptowalne. Kwestię kiecki rozwiążę z siostrą, która w przedmiocie mody była jak najbardziej zorientowana i posiadała smak godzien księżnej Diany. Styl już wiadomy, czyli niewymuszona elegancja. Zofia, moja siostra, na pewno coś dobierze. Odetchnęłam z ulgą. Jeden problem z głowy.
Zośka, usłyszawszy o problemie, stanęła na wysokości zadania i przywlokła stos odpowiednich sukienek. Dzięki bogu obie byłyśmy podobnych kształtów i gabarytów. Upiorne falbaniasto-kwieciste sukieneczki należące do mnie potraktowane zostały pogardliwe. Odrzucenie było zupełne i natychmiastowe jako coś, co nie nadaje się nawet do pasienia hipotetycznych gęsi. Kolejne warianty stroju wyjściowego, przywleczonego przez Zośkę, poddawane były wnikliwej kontroli i ocenie przez nadzwyczaj surowe grono złożone z właścicielki oraz babci.
- Nie, wyglądasz jak beza – powiedziała Zośka na mój widok w zwiewnej w założeniu sukieneczce a’la romantyczna pensjonarka.
- I to zdrowo przerośnięta – poparła ją babcia – ramiona ci wyrastają gdzieś z okolicy żeber, zdejmij ją, bo w zębach zgrzyta.
- A w tej wyglądasz jak pobocznica z trasy katowickiej tylko treski ci brak – skrzywiła się siostra, gdy ukazałam się im w kusej obcisłej sukience rodem z filmu dla dorosłych.
- Skąd w ogóle masz taką kieckę? – zainteresowała się babcia, obrońca molarności.
- Tą? A, to Leszek mi kupił. Miałam nadzieję, że chociaż ona będzie wyglądać w niej jak człowiek, ale widać się pomyliłam.
- Występować przy rurze w niej masz czy dorabiać na Poznańskiej?
Zośka prychnęła tylko w odpowiedzi, wpychając mi w ręce kolejną wspaniałą, idealną na tą okazję sukienkę.
- W niej to chyba nikt nie będzie inaczej wyglądał tylko jak dziwka – mruknęłam wkładając przez głowę wyjątkowo obcisłą kreację w dziwacznym niby-śliwkowym kolorze.
- Hm, jak myślisz mamo, chyba może być? – Zośka patrzyła na mnie w zamyśleniu, gdy stanęłam do oceny ubrana we śliwkowego potwora. Babcia w pierwszej chwili jakby straciła dech.
- Ty wiesz, że nawet nieźle wygląda, tylko by trzeba coś na szyję jej zawiesić – wnikliwa lustracja jakoś zmieniła jej zdanie – obróć się trochę, a nie stoisz jak słup.
Obracałam się powoli czując się jak przerośnięta węgierka. Gdzieś w okolicy żołądka wyrosła mi wielka, twarda pestka. Już czułam, że tylko w tym czymś ohydnym wypuszczą ją z domu. Rany boskie, a ja do ludzi idę! Obie harpie nie zważały na moje protesty, ustalając rodzaj dodatków pasujących do straszliwej toalety.
- Apaszka pod szyję?
- Nie, może perełki, albo wiesz ten twój naszyjnik z czerwonym kamieniem.
- Może po prostu od razu kamień na szyję, woda blisko to się rzucę i oszczędzę sobie kompromitacji.
- Co ty gadasz za głupoty, świetnie wyglądasz
- Zamknij się i przestań jojczyć – powiedziała zniecierpliwiona już Zośka – idź, ubierz się w kwiatki i wyglądaj jak mak w zielsku.
- Wolę wyglądać jak mak niż jak cholerna gargantuiczna śliwka!
- Piękny kolor, wcale nie śliwkowy, to ciemna oberżyna – mama chyba starała się mnie pocieszyć.
- No pięknie, zamiast śliwki wystąpię jako olbrzymia oberżyna, a na szyi uwieszę sobie łańcuch z pomidorów.
- Mamo, powiedz jej coś! Ta głupia jeszcze pójdzie w tych ohydach i narobi nam wstydu. Podnieś te kopyta i wkładaj buty – Zośka z uporem godnym lepszej sprawy usiłowała wepchać mi na nogi eleganckie sandałki na obcasiku. Idealne według niej na tą okazję.
- Czyś ty zgłupiała, nogi mi połamiesz w tych buciskach – wyszarpnęłam stopę gwałtownym gestem skutkiem czego straciłam równowagę i wylądowałam z głośnym klapnięciem na podłodze. Na siostrze nie zrobiło to większego wrażenia. Dało jej za to sposobność założenia mi w końcu tych makabrycznych sandałków.
- No proszę idealnie pasują, daj tylko ten łańcuch mamo – Zośka była nadzwyczaj z siebie zadowolona. Ja za to stałam na chybotliwych obcasikach zastanawiając się, po jaką cholerę tak się staram i w imię czego muszę znosić te wszystkie obelgi. A tak, zapomniałam, Integracja.
- Masz, załóż to – babcia chyba próbowała udusić mnie ozdobnym łańcuchem
-Nie, za duży ten kamień, wygląda jak galernik – zawyrokowała Zośka – Mamo, daj te koraliki.
Posłusznie zdjęłam z siebie łańcuch jak od buhaja i zawiesiłam koraliki, niczym Jagna z Chłopów. Też było źle.
- Wygląda jak chłopskie wesele
- A co myślisz o srebrze, mam tu gdzieś taki fajny komplet– babcia grzebała w swojej przepastnej szkatule. Po chwili wywlokła coś, co wyglądało jak obroża dla bulteriera.
- No nie, chyba tego nie każecie mi zakładać, przecież to okropne – zaprotestowałam energicznie, niestety bezskutecznie, moimi okrzykami dezaprobaty nikt się raczej nie przejął. Dla świętego spokoju założyłam obrożę. A potem pasujące do niej bransoletki.
- No, wygląda jak człowiek – ostateczny werdykt obu sędziów nie podlegał apelacji. Nic nie uratuje mnie przed pójściem na wspaniałe integracyjne spotkanie jako skrzyżowanie oberżyny z bulterierem. Pięknie. Po prostu pięknie. Miałam tylko nadzieję, że będzie warto. Cholernie warto. Przystąpiłam do drugiego etapu przygotowań. Koafiura.
- Jak myślisz, upiąć włosy czy zostawić rozpuszczone? – tym niewinnym z pozoru pytaniem wywołałam lawinę słów, która zasypała moje nieśmiałe próby wyjaśnienia, że wcale nie chce wyglądać jak ćwok z Pcimia dolnego, że nie pójdzie jak nieuczesany pudel, że właśnie pyta, że zgodzi się na wszystko tylko niech się zamkną. Gdy umilkła wywołana nieopatrznie włosowa burza dowiedziałam się, ze mam się uczesać we francuski warkocz. I tak miałam to zrobić nie chcąc by powiewające wszędzie włosy wpadały ludziom do grilowanej kiełbasy czy wieszały się na kuflach z piwem, co zwykle miało miejsce gdy włosów nie wiązałam.
Odetchnęłam z ulgą. Strój jest, może niekoniecznie mi odpowiadający, ale jest. Koafiura też do przyjęcia. Pozostawał tylko make-up. Jasnym było, że codziennie nakładany puder i błyszczyk to za mało dla cudownego oberżynowego stroju. Potrzeba było więcej koloru. Zdecydowanie więcej. Przystąpiłam więc do nakładania warstw maskujących zdrowy, naturalny rumieniec hożej dziewoi, który zwykle miałam. Trochę różu, żeby twarz nie wyglądała jak płaski naleśnik. No i oczy. Zgodnie ze wszystkimi regułami na noc oczy były najważniejsze. Powinny być umalowane starannie i bogato. Z racji bycia krótkowidzem z poważną wadą ta prosta czynność zawsze przyprawiała mnie o ból głowy i wysypkę. Zdeterminowana przygotowałam pole do operacji. Ustawiłam najbardziej powiększające lusterko w najjaśniejszym miejscu, włączyłam jeszcze swoją lampę malarską ze 100 watową żarówką, rozsypałam na stole potrzebne utensylia i zabrałam się do dzieła niczym mikrochirurg. Zdjęłam okulary. Świat rozmazał się w jednej chwili. Wymacałam lusterko i tusz, trzymając w jednej ręce lusterko zębami usiłowałam odkręcić tubkę. Lusterko przyłożyło mi w szczękę, ale tusz w końcu odkręciłam. Maksymalnie zbliżyła do twarzy powierzchnię, w której jak miałam nadzieję odbijało się oko i przystąpiłam do malowania. Miałam wrażenie, że maluję rzęsy. Niestety, po założeniu okularów w celu kontroli całego procesu okazało się, że wprawdzie maluję rzęsy, ale jakoś tak od połowy i tylko w jednym miejscu. Zmyłam więc te nieudolne próby i po raz drugi przystąpiłam do czynności upiększających. Kolejna próba okazała się nieco lepsza, wystarczyło tylko zmyć ślady tuszu, które nieopatrznie powstały pod okiem i obok oka i na nosie i właściwie można było uznać, że rzęsy mam pomalowane. Z drugim okiem nie poszło tak gładko. Dopiero czwarta próba była udana. No cóż, nie dość, że nie widziałam, to jeszcze musiała malować się lewą ręką. Nakładanie cieni okazało się być gorsze niż malowanie akwarelą. Kolory w założeniu miały być zlane i łagodnie przechodzić jeden w drugi. Nie wiedzieć czemu Idealne Cienie O pudrowej Konsystencji Wspaniale Pokrywające osypywały mi się na twarz i ogólnie wyglądały jak odpadający tynk. Po chwili wszakże zorientowała się, że usiłuję pomalować powieki pudrem mamy. Klnąc niczym szewc zmyłam pudrowy makijaż i przystąpiłam do kolejnej próby. Tym razem cienie były w porządku tylko wykonanie kulało. Dziwnym trafem oko pomalowane zgodnie z radami „Cosmopolitan” wyglądało jakby jego właścicielka dostała zdrowy łomot. Wcale nie wyglądało jak oko modelki zdobiącej artykuł o „100 najlepszych sposobach makijażu na wieczór”. Kolejna przymiarka uświadomiła mi, że nie tylko dostałam łomot, ale stało się to niedawno i ma oprócz sinofioletowych to mam jeszcze spuchnięte powieki. Ostatnia próba, zgodnie z powiedzeniem do trzech razy sztuka. Efekt był w przybliżeniu podobny do tego, jaki chciałam uzyskać. Odetchnęłam z ulgą. Pozostały mi już tylko banalne usta i cała twarz była gotowa do wyjścia.
- No i jak wyglądam? – spytałam dość niepewnie stając w drzwiach pokoju gdzie piły kawę zmęczone sędziny. Kilka uderzeń serca później uzyskałam aprobatę zarówno koafiury jak i stroju. Odziana jak oberżyna z obrożą od psa na szyi i umalowana jak ofiara wypadku drogowego triumfalnie udałam się na Jedyną Wspaniała Imprezę Integracyjną.

Pole tekstowe: March 1st, 2005

08:45 pm: ...
U ciotki Marianny
zamieszkał duch. Właściwie nie u niej, a w domu obok, gdzie nie tak dawno wujek odkrył zwłoki sąsiada. Ciotka jako osoba delikatnej konstrukcji psychicznej nowego, przeźroczystego i chlapiącego wszędzie ektoplazmą lokatora na pewno by nie zniosła. Kto wie czy wtedy nie mielibyśmy dwóch duchów, ciotki Marianny i tragicznie zeszłego sąsiada. Odkrycie denata było do przewidzenia, ponieważ za życia sąsiad robił wszystko, żeby rychło przenieść się na łono Abrahama. Tęgo pił wszelkie wynalazki, cukrzycy nie leczył, jadł to, co mu ciotka Marianna w dobroci serca dała, no, bo przecież wszelkie pieniądze na trunki wydawał. Ciotka i wuj wielokrotnie ratowali go od niechybnej śmierci wzywając pogotowie, pożyczając węgla, dokarmiając i kupując leki. Niestety tym razem, po dramatycznej i spektakularnej ucieczce ze szpitala sąsiad nie poinformował szacownej pary o tym, że przebywa w domu, więc stracili oni czujność i dopiero po kilku dniach zupełnie przypadkiem wujek odkrył, że sąsiad niestety zszedł był. W szpitalu, który opuścił w butach należących do niższego personelu medycznego oraz w kurtce lekarza dyżurnego nie zdziwiono się nagłym zgonem. Co więcej istnieje przypuszczenie, że szczególnie niższy personel życzył mu wszystkiego najgorszego, jako, że sam do domu powracał w drewniakach, a właśnie wtedy nastały mrozy i śnieżyce. Nie wnikając w to czy zadziałały pobożne życzenia personelu czy nadmiar wypijanego alkoholu sąsiad żywot zakończył. Ziemski żywot, ponieważ sądząc z relacji ciotki Marianny wiódł dalej egzystencję, objawiającą się głównie trzaskaniem drzwiami oraz oknem w pustym budynku, tudzież skrzypieniem drewnianą podłogą. Poinformowana o tym smutnym fakcie zostałam w trakcie odbierania chorego dziecka z nawiedzonego domostwa. I jak się można było spodziewać w okolicznościach dramatycznych. Po dziecko przyjechałyśmy, gdy zapadał już zmrok. Marianna mieszka w nader atrakcyjnym miejscu, pod lasem w znacznej odległości od innych domów, w parterowym bliźniaku. Jedną część zamieszkiwał denat, drugą, bliższą lasu wujostwo. W niewielkiej oddali biegnie trakcja kolejki podmiejskiej. Samochód nasz tłumik ma sprawny, bo nie tak dawno wymieniony, więc nasze przybycie pozostało niezauważone. Olał nas też ciotkowy pies, nawet z budy mu się wyjść na mróz nie chciało, nie mówiąc o zaszczekaniu. W ciszy więc weszłyśmy do sieni Marianny, która drzwi nie zamykała, bo przecież na podwórku był pies obronny, a i ona czujność zachowa gdy ktoś podjedzie pod bramę. Bo jak tu kogoś przegapić, gdy się na takim odludziu mieszka? Babcia, jako, że nie nosiła traperów z kilometrami sznurówek weszła pierwsza. Nie zdążyła nawet nic powiedzieć, gdy powitał ją przeraźliwy wrzask. W jednym bucie wpadłam do pokoju, z którego jak mi się wydawało dochodziły te potworne dźwięki. Babcia pobiegła w drugą stronę do kuchni, jak się okazuje słusznie, bo to właśnie tam na środku, ściskając kurczowo patelnię stała ciotka Marianna. Na szczęście przestała się już wydzierać.
- Czego się tak drzesz?! Jakbyś ducha zobaczyła – spytała grzecznie i taktownie babcia patrząc z niejakim niesmakiem na bladą jak ściana twarz ciotki Marianny.
- Czego się skradasz? Nie możesz wejść jak normalny człowiek? Przecież ja mam słabe serce. – odparła nie mniej zniesmaczona ciotka przekonawszy się, że napastujące ją tajemnicze indywiduum to znana jej, od co najmniej 45 lat Babcia. Ostrożnie odłożyła dzierżoną w dłoniach broń antyduchową.
- Przecież wchodzę normalnie. Zawsze tak samo. Wchodzę na podwórko, potem po schodach, otwieram drzwi i zamykam. Wydawała mi się, że to jest normalnie. Ale jak chcesz to zacznę nienormalnie. Mogę tańczyć na przykład. Albo czołgać się.
- Czołgania odmawiam, jestem za gruba – krzyknęłam z sieni gdzie usiłowałam ponownie pozbyć się zbędnego obuwia, noszenie traperów, gdy ma się ogromny brzuch to jedna wielka pomyłka.
- Skradasz się, następnym razem chociaż zatup, a nie mi tu śnieg nanosisz. – stanowczo stwierdziła ciotka.
- Skąd śnieg? Wacław przecież do gołej trawy się dokopał odśnieżając. Poza tym wcale się nie skradam.
- Muszę się napić – powiedziała ciotka nastawiając czajnik na napój uspokajający – wykończysz mnie w końcu i kto ci dziecka będzie pilnował?
- A propos dziecka, to gdzie ono jest? – zainteresowałam się wchodząc w końcu do kuchni, po pozbyciu się odzienia – ja też chcę herbaty.
- Właśnie, gdzie moja wnuczusia? Musiała ogłuchnąć od tych twoich histerycznych krzyków, biedne dziecko.
Biedne dziecko pojawiło się właśnie w przedpokoju prezentując umiarkowany entuzjazm na nasz widok.
- O, babcia. I matka. Kto krzyczał?
- Ciocia – odparłam zastanawiając się czy teraz padnie nieśmiertelne, niezmienne, trwałe i wieczne pytanie.
- Dlaczego? – padło.
- Bo zwariowała na stare lata – mruknęła, na szczęście cicho, babcia
- Bo się babci przestraszyła – powiedziała jednocześnie ciotka Marianna, rzucając karcące spojrzenie na przyczynę hałasu.
- A, babci, rozumiem. – dziecko przyjęło do wiadomości i postanowiło zareagować – nie bój się babci, ciociu. To tylko babcia, nie potwór. A ty babcia – zwróciło się do powoda – nie strasz ciotki bo jest stara.
- Słusznie, ptaszku, stara i już jej rozum szwankuje. – podsumowała Babcia przygarniając ukochaną wnuczusię na kolana. Ta jednak miała inne plany.
- Idę malować z wujkiem – rzuciła wychodząc z kuchni, nawet nie spojrzawszy na stęsknioną rodzinę.
- Co oni malują, ciociu?
- Pisanki – odparła Marianna stawiając na stole rewelacyjne kruche ciasteczka własnego wyrobu – więcej ci nie dam bo od razu zeżresz, a to dla dziecka – dodała na moje wymowne spojrzenie. Co to w końcu trzy ciasteczka na głowę.
- Nie za wcześnie na Wielkanoc? – zainteresowała się Babcia, pożerając swoją część specjałów. Kurczę, miałam nadzieję, że się znowu odchudza.
- Trzeba było nie kupować dziecku kasety z Puchatkiem malującym jajka. Też chciała pomalować, no to malują z Wackiem.
- Wujek to chyba ogłuchł bo jakoś go nie widzę, a twój wrzask to i umarłego by poderwał.
- Nie mów ciotce o umarłych bo znów zacznie – odpowiedział mi wujek, który właśnie objawił się w drzwiach – ja już słuchać o tym nie mogę. I nie reaguję na głupoty.
- Mówiłam, że na stare lata zgłupiała - z satysfakcją zauważyła Babcia.
- Daj mi tych ciastek dla Dziecka, stare gropy tylko się objadają a dla niej nie ma – znalazł się kolejny adwokat przecudnego, rozpuszczonego jak dziadowski bicz dziecięcia. – Idę jajka malować bo widzę, że znowu się zaczyna – dodał wychodząc z kuchni.
- Jacy umarli? – zainteresowała się babcia.
- Jak to jacy? Ostatni. Włodek przecież mi tu umarł za ścianą. – wyjaśniła rzecz oczywistą Marianna.
- No, ale przecież go zabrali? Już tu nie przyjdzie – wiem, że go wzięli bo mi znajomy z pogotowia opowiadał. Niestety ze szczegółami.
- Co z tego, że go wzięli. Tylko ciało. A duch został.
- Co ty pieprzysz, Maniu – zdenerwowała się nie mniej strachliwa Babcia, dyskretnie rzucając przestraszone spojrzenie w stronę sieni, jakby miał tam stanąć denat. – umarł i koniec. Duchów nie ma.
- Są i jeden mi za ścianą mieszka.
- A co widziałaś go? Na starość we łbie ci się ćmi – zawyrokowała Babcia, z lekka niepewnym głosem.
- Wcale mi się nie ćmi, przecież słyszę, że się drzwi we włodkowej części otwierają i podłoga skrzypi. Jakby to ON chodził po pokoju. Jak za życia.
- Po co miałby chodzić po śmierci? – spytałam szczerze zainteresowana, bo właściwie po co?
- Nie wiem, czy ja jestem duchem? Ma pewnie jakieś swoje nie załatwione sprawy.
- W pokoju ma te sprawy, twoim zdaniem? Mówiłaś, że siostry wszystko wzięły, nawet podłogę usiłowały zrywać.
- Właśnie, miałam ci opowiedzieć o tych głupich hiena cmentarnych – Marianna była wyraźnie zniesmaczona postawą rodziny zmarłego.
- Dlaczego głupie hieny cmentarne? – zdziwiłam się, bo pogrzeb jeszcze się nie odbył.
- Bo trzeba być bezdennie głupim żeby kłócić się o majątek po alkoholiku. Mało się nie pozabijały o starą Albenę i połamany stół z kuchni. Cały czas szukały jakiegoś złota schowanego bóg wie gdzie. Jakby Włodek miał złoto to by denaturatu nie pił. Na jego grobie się kłóciły dlatego cmentarne, a do tego przylazły do mnie i cały czas się głupio śmiały, o tak – tu Marianna zaprezentowała dziwaczny grymas twarzy wydając z siebie dźwięk do złudzenia przypominający hieni śmiech – wypytując mnie o kryształy. Jakie kryształy? W życiu nie widziałam u Włodka żadnego szkła poza kieliszkiem.
- Może o to im chodziło – wyraziła przypuszczenie babcia
- To on z kieliszków ten denaturat pił? – zdziwiłam się ponownie.
- To był bardzo kulturalny i wykształcony człowiek, póki go wódka nie zniszczyła – powiedziała babcia, a ciotka energicznie pokiwała głową – ty go nie pamiętasz, ale my z Mańką tak. Elegancki pan inżynier. Baby za nim szalały, a on tylko przebierał. No i wybrał najgorzej jak mógł.
- Właśnie, bo może gdyby się z tą łajzą nie związał to by jeszcze żył. A tak? Libacje, szaleństwa, no i w końcu, gdy skończyły się pieniądze, ona go zostawiła. Zabrała wszystko co mu jeszcze zostało i odpłynęła w siną dal. A on pił coraz więcej i więcej, no i skończył jak skończył – Marianna pochyliła głowę nad męską głupotą.
- A co się stało z tą kobietą?
- Nie wiemy, potem ktoś ją widział na wybrzeżu, ktoś na dworcu z bezdomnymi, ale tak naprawdę to nikt nie wie. – odpowiedziała mi Babcia. – wiesz to było takie babsko w stylu Złotka. – dodała po chwili zastanowienia.
- Aaaaa, takie. No to nie mam już więcej pytań. – Złotko to jedna z sąsiadek mojego ojca, dama leciwa, acz nadal rozrywkowa. Właścicielka mocno przerzedzonej czupryny, farbowanej jak za dawnych, dobrych czasów perhydrolem. Właśnie od specyficznego i wyjątkowo rzucającego się w oczy koloru fryzury pochodziło jej imię. Dama oprócz wstrząsającej fryzury odznaczała się równie wstrząsającą tuszą. Ze szczególnym podkreśleniem słowa wstrząsającą. Gdy szła zwały tłuszczu przelewały się na jej obfitym biuście i wydatnym brzuszysku. Wyglądała jak mors na plaży. Bliższą znajomość z rzeczoną damą zawarłam w chwili gdy Złotko zagięło parol na mojego ojca stosując sztuczki iście teatralne. Przychodziła na przykład w mocno wysłużonym, przykusym szlafroczku pożyczyć cukier. Szlafroczek miał szczęście, że razem trzymały go lamówki. Nie zważając na wystające spod niego mocno szare, żylakowate nogi obute w dziurawe, kratkowane papucie dumnie prezentowała widoczny jak na dłoni równie szary jak nogi, ogromny, iście gargantuiczny, potwornie obwisły biust, leżący na nie mniejszym brzuchu. Widok był szokujący. Raz zaprezentowane wdzięki pozostawał w pamięci na długie lata strasząc nocami. W chwilach zwątpienia dietetycznego czy niechęci do ćwiczeń wystarczyło przypomnieć sobie widok Złotka w szlafroczku. Działało od razu. Oprócz wyjątkowych walorów fizycznych Złotko prezentowało równie wstrząsające cechy charakteru. Pierwsze co się rzucało w oczy to jej nieprawdopodobna pazerność i zachłanność, podparta wyjątkowym intelektem, wykorzystywanym do zdobycia tego, czego w danej chwili Złotko pożądało. Efekty owych działań były równie niezapomniane jak ich autorka. Chcąc zdobyć bogatego męża Złotko uwiodło i poślubiło miejscowego kloszarda, na przykład. A zrobiła to ponieważ osobnik ten posiadał mityczną rodzinę w bliżej niesprecyzowanym państwie zachodnim, mlekiem i miodem płynącym. Szczęśliwa para miała wyemigrować na łono stęsknionych krewniaków, uprzednio pożyczywszy od nich pieniądze na bilet. Niestety po ślubie okazało się, że krewni ci mieszkają za granicą, ale na Ukrainie i sami chętnie wyemigrowaliby do Polski, oczywiście pożyczywszy pieniądze na bilet. Pomysłów podobnych do tego Złotko miewało mnóstwo. Jeśli narzeczona denata była w tym typie to jego rodzina nawet podłogi nie powinna znaleźć, nie mówiąc o innych dobrach. Podzieliłam się swoimi wątpliwościami z babcią i ciotką.
- Ona odeszła już dawno, to podłogę mógł sobie odbudować. – stwierdziła babcia i zwróciła się do Marianny – a nikt w tym domu nie zamieszkał? Siostra albo ktoś z rodziny.
- Nie, nie mogli dojść do porozumienia kto właściwie dziedziczy więc komisyjnie zamknęli drzwi i każde z nich nakleiło na nich papierową plombę. Pewnie do końca moich dni będą się sądzić kto ma w nim mieszkać. Stąd uważam, że to duch. Nikt inny nie może trzaskać drzwiami.
- A jakieś zwierze tam nie wlazło? Kot czy coś?
- Uważasz, że koty zamykają za sobą drzwi i są tak ciężkie, że skrzypią podłogą? – babcia spojrzała na mnie spod oka
- No nie, ale może jakieś leśne zwierzę tam wlazło. Łasica czy inny jelonek.
- Jelonki też nie trzaskają drzwiami.
- Ale mogą skrzypieć podłogą.
- Tupać będą, a nie skrzypieć bo mają na końcu kopyta. Poza tym jak ty to sobie wyobrażasz jeleń tupie po podłodze a łasica drzwi zamyka? Małe zoo ci się marzy. Ciotka wyraźnie mówi, że tam nic nie ma.
- Może jej się tylko wydaje, że coś tam słyszy?
- Ja , moja droga, nie mam jeszcze halucynacji i urojeń – powiedziała z godnością urażona ciotka – a słuch od urodzenia mam doskonały.
- Trzeba by coś zrobić – zasugerowała babcia, nie komentując zapewnień ciotki o jej idealnym zdrowiu psychicznym, pewnie miała nieco odmienne zdanie.
- Egzorcyzmy – mruknęłam znad kubka.
- A umiesz?- spytała jak najbardziej poważnie ciotka Marianna.
- Pewnie, po godzinach dorabiam jako ksiądz-egzorcysta. Skoczę tylko po koloratkę i kropidło.
- Jak pójdę z tym do naszego księdza to on pierwszy mnie do karetki zapakuje. A potem w kazaniu nakaże modlić się za biednego męża parafianki-wariatki.
- Może wystarczy pokropić wodą święconą – głośno zastanawiała się babcia – albo różaniec odmówić.
- Kropić mogę do woli tylko gdzie? Tam zamknięte, a wołać go do siebie przecież nie będę, bo nie daj boże przyjdzie, tfu, tfu – ciotka trwożliwie napluła mniej więcej w stronę ściany dzielącej oba domy. Wzięłam z talerzyka ostatnie nie oplute na szczęście ciastko i żując powoli usiłowałam przypomnieć sobie co wiem na temat odganiania duchów.
- Słuchaj, a on w jakiś szczególnych porach skrzypi? Albo gdy coś się dzieje?
- Nie, wczoraj skrzypiał w nocy, tak około pierwszej. A dzisiaj to rano. Nic się jakoś szczególnego wtedy nie działo.
- Powinnyśmy zajrzeć przez okno i zobaczyć co ten duch robi jak skrzypi.
- Czyś ty zwariowała?! Jeszcze coś zobaczymy – wrzasnęły obie zgodnym chórem.
- Wydawało mi się, że o to chodzi. Zobaczyć co chce, ewentualnie niech powie. Zrobić to i kłopotliwy lokator z głowy.
- Jeśli jakikolwiek duch się do mnie odezwie to gwarantuję ci, że dziecko sama będziesz sobie wychowywać. Bo jako duch nie nadam się na niańkę.
- Raz przyszedł do mnie duch – powiedziała babcia - ale wolałam nie patrzeć i udawałam, że go nie ma. No to sobie poszedł. Może ty też powinnaś go ignorować.
- Nie mówiłaś mi nic o duchu – zainteresowałam się kontaktami własnej matki z życiem pozagrobowym.
- Przecież mówię, że nie patrzyłam i nie wiem, czy to był duch – odparła zniecierpliwiona.
- Jak mam go ignorować jak mi trzeszczy? Może chce czegoś ode mnie i jak się wkurzy to mi chałupę podpali.
- Najwyżej wciągnie cię do telewizora albo głowę ci przekręci tył na przód – pocieszyłam ciotkę, która jednak nie wyglądała na szczególnie wdzięczną za słowa otuchy.
- Nie śmiej się głupio tylko coś wymyśl – czyli zostałam ekspertem od duchów. Jak mus to mus.
- Masz latarkę? Pójdę i zobaczę czy coś tam jest, jakiś duch. Jeśli będzie to umrę ze strachu pod tym oknem, ale wtedy będę straszyć w ogródku. Zawsze to łatwiej się porozumieć przez okno chociażby.
- No, żmiję na łonie wyhodowałam, a nie córkę!
- Chodź ze mną, sama posłuchasz, a potem będziesz sobie śmichy-chichy urządzała! – ciotka z determinacją zerwała się z krzesła i pobiegła do pokoju. Babcia oczywiście poleciała za nią. Co było robić? Ja też poszłam podsłuchiwać ducha.
Obie panie klęczały na wersalce przykładając ucho do ściany i nasłuchując. Klęknęłam obok. Tapeta była wypukła, kawałek łodygi z nader skomplikowanego ornamentu ugniatał mnie w ucho gdy z uporem godnym lepszej sprawy nasłuchiwałam. Nagle, ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, coś po drugiej stronie skrzypnęło. Brzmiało to tak jakby zamykały się drzwi, a potem ktoś szedł w moją stronę po skrzypiącej podłodze. Z wielkim wrzaskiem odskoczyłyśmy od nawiedzonej ściany. Jeśli po drugiej stronie był duch to na pewno doznał ektoplazmatycznego zawału serca. Do pokoju wpadł wujek a za nim dziecko.
- Czy wyście pogłupiały?! – wrzasnął – Te stare wariatki to jeszcze mogę zrozumieć, ale ty? Młoda i wydawałoby się normalna? – zwrócił się z wyraźną pretensją do mnie jakbym to ja była winna, że w chałupie obok straszy.
- Ale wujku, ciotka ma rację coś tam łazi. – broniłam się – trzeba by sprawdzić.
- Nie będę dla waszych głupot dupska sobie na mrozie odmrażał. Wam łazi, nie mi. Chodź, ptaszku, pobawimy się kolejką – dziecko rzuciło nam jeszcze podejrzliwe spojrzenie na odchodne. – Niech te wariatki same tu siedzą.
Spojrzałam na bliską zejścia ciotkę i bladą jak ściana babcię. Podjęłam męską decyzję.
- Daj mi latarkę. Pójdę na tył i zobaczę przez okno.
- Pójdę z tobą jeszcze ci się coś stanie i zięc ze mnie zrobi ducha, krwawą Wandę – bohatersko zaofiarowała pomoc babcia.
- Ja tu sama nie zostanę – bezsensu dodała ciotka, pierwsza biegnąc do przedpokoju. Trochę potrwało zanim roztrzęsiona Marianna znalazła latarkę i zanim zdołałyśmy się ubrać. W końcu jednak ghostbusters były gotowe do działania. Świecąc sobie latarkę, ostrożnie przelazłyśmy przez płot dzielący oba ogrody i zakradłyśmy się pod okno sąsiada-ducha.
- I co teraz? – wyszeptała ciotka szczękając zębami, nie tylko z zimna.
- Zajrzę tam i poświecę może coś będzie widać.
- Odbicie tylko zobaczysz. Nie świeć, tylko zaglądaj. – popędziła mnie, również szeptem babcia. Jak taka mądra to niech sama zagląda.
- Dobra, to ja patrzę – powiedziałam głośno i tkwiłam jak słup soli pod oknem.
- No, dalej. Czego sterczysz?! Patrz.
Matko jedyna, co mi przyszło robić na stare lata. Duchów szukać po opuszczonych domach. Eh… A inni to normalne życie mają. Ostrożnie wychyliłam się nad parapet i spojrzałam w okno nawiedzonego dworu. Z za szyby nie patrzyły na mnie czerwone oczy, nawet białego, zwiewnego, kapiącego ektoplazmą odbicia nie było. Widać było tylko moją własną, białą jak szpitalne prześcieradło gębę . Nie, coś się tam rusza! A, to tylko czubek głowy ciotki Marianny usiłującej zajrzeć. Ja chyba nie przeżyję do czterdziestki pomyślałam gdy w kuchni u ciotki dopijałam resztki herbaty po nieudanej próbie spotkania ducha. Z powodu niepowodzenia zostałam obarczona zadaniem wymyślenia jak pozbyć się pokutującego sąsiada, najlepiej przez ścianę i z daleka.