Pole tekstowe: February 19th, 2005

10:54 pm: .
Kolejny pobyt w szpitalu przyprawił mnie o iście traumatyczne doświadczenia. Kto wie, może będę musiała poddać się jakiejś terapii? Sam szpital dla kogoś kto nagle ze statusu prawie boskiego, w końcu pracownik służby zdrowia, przenosi się do roli podrzędnej i w owej służbie zupełnie niepotrzebnej, czyli pacjenta, jest dostatecznie frustrujący, ale to co mogą zaserwować koledzy po fachu przekracza czasami ludzkie pojęcie.
Szpital, do którego się udałam jest z założenia położniczy. Znaczy się przyłażą tam baby w ciąży, mniej lub bardziej zaawansowanej w celu uzyskania mniej lub bardziej potrzebnej pomocy. Trzeba być wyjątkowym masochistą lub mieć w domu już co najmniej pięcioro potomstwa, żeby przebywać tam z przyjemnością. Przy pięciorgu potomstwa dopuszczam myśl, iż leżenie plackiem w łóżku, bez konieczności obsługi owej licznej progenitury samo w sobie stanowi rozkosz nieziemską. Można wtedy przymknąć oko na drobne niedogodności w postaci zrywania o 5:33 w celu pomiaru temperatury, tętna, ciśnienia i spytania czy w ciągu nocy oddało się stolec. Przy pięciorgu dziatek 5:33 to pewnie późna pora na wstanie.
Izba przyjęć wita klientów dzwonkiem. Bardzo przydatna rzecz. Sprzęt ten jest bardzo rozsądnie umieszczony na ladzie, za którą w teorii powinna znajdować się jednostka ludzka, ale zapewne z braku personelu, ogólnie złej kondycji służby zdrowia oraz logiki kierownictwa szpitala, jest dzwonek. Po zadzwonieniu i odczekaniu chwili w drzwiach pojawia się pracownik etatowy IP – pani salowa. Bez względu na ilość, płeć, rodzaj i inne nieistotne cechy osób już przebywających w pomieszczeniu pada sakramentalne pytanie „Co się dzieje?”. Przybywająca jednostka ludzka, 99 przypadków na 100 będąca kobietą, istotą wrażliwą i wstydliwą z natury, ma do wyboru albo publicznie wyznawać swoje dolegliwości na przykład: ”ano właśnie mi krwawi” lub co bardziej mi się podobało „wie pani bo ja już sama nie wiem, albo się zsikałam albo mi wody odeszły w tramwaju” lub druga możliwość zamilknąć na wieki odwrócić się i wyjść. Innych możliwości nie przewidziano. Po przejściu konsultacji wstępnej z panią salową każą czekać. Do tego można się przyzwyczaić, potulne więc owieczki siadają rządkiem i czekają na swoją kolejkę. Po stosownym czasie kruszenia, w zależności od ważności przypadków przybywających („mam rozwarcie na 5 palców”, „chyba mi coś leci”) można dostąpić zaszczytu przyjęcia w gabinecie, przez lekarza i położną. Która to która nie wiadomo. Później można się doczytać informacji na przemyślnie umieszczonych plakietkach informacyjnych jeśli ktoś nie jest krótkowidzem i potrafi przeczytać coś co wisi na wysokości biodra niezbyt wysokiej osoby i jest na współ startymi literkami z czarnego plastiku. Potem tylko formalności, czyli powtarzanie do znudzenia tego co ma się już wpisane w kartę ciąży, dowód osobisty, dowód ubezpieczenia oraz podpisaniu i uzupełnieniu potwornej ilości świstków, można udać się na oddział.
Przyjęcie serdeczne polega na powtórzeniu po raz kolejny tego samego co już zostało wpisane w historię choroby na Izbie i co zajęło trzy czwarte czasu jaki się tam spędza. Po wysłuchaniu mamrotania, że nie przychodzi się na zmianę dyżuru, za 850 złoty to tajemniczy „oni” przesadzają i że tak nie można bo to ogólnie świństwo jest, prowadzonym się jest do Sali.
Pokój jak pokój, pięć szpitalnych z lekka odrapanych łóżek, cztery wymięte baby na nich. Dalej nie budzący zdziwienia standard, czyli kolejny wywiad, tym razem z lekarzem, chyba, bo się nie przedstawił, potem obchód z domniemanym lekarzem i kimś wyższym szarżą, czego z kolei można się dowiedzieć z podnieconych głosów współpacjentek. To właśnie wtedy człowiek staje się przypadkiem. Kątem ucha można wyłowić co będzie robione z przypadkiem.
Wysiliłam słuch gdy mówione było o najważniejszym dla mnie przypadku, czyli o mnie. Usłyszałam jak Ważniejszy Doktor mówi do Zwyczajnego Doktora: profil – mamrotanie – i dobowa zbiórka moczu. I zdrętwiałam. Na oddziale, gdzie pracowałam dobowa zbiórka moczu jest badaniem powszechnym i nie budzącym zbytnich emocji. U personelu. Ale u osobnika, który zmuszony jest do, mówiąc wprost, sikania do ohydnego szklanego nocnika, zwykle nie pierwszej świeżości, jest to szok. Rany boskie, za co? Przecież byłam taką dobra pielęgniarką, a tu taka karma!
Po wyjściu dostojnego grona powróciła do mnie Wiceszefowa Niższego Personelu.
- W łazience stoi słój – poinformowała mnie konfidencjonalnym szeptem pochylając się niczym dobry samarytanin nad moim łóżkiem
- Co? – jaki słój? Aaaaa, TEN słój – dobrze, oczywiście – odparłam gorliwie kiwając głową nie wiadomo po co.
- Niech pamięta, od szóstej rano JUTRO do szóstej rano POJUTRZE – Wiceszefowi podkreśliła najbardziej istotne informacje szczególną intonacją. Potem spojrzała na mnie z uwagą raz jeszcze, żeby upewnić się czy aby zrozumiała. Najwyraźniej wyglądałam na przygłupa bo powtórzyła – NIE dzisiaj, JUTRO. Po nocy, po szóstej już do SŁOJA – i znowu spojrzenie. I to jakie!
- Tak, rozumiem. Nie dziś, tylko jutro od szóstej do szóstej. Tak. Jasne – potwierdziłam skwapliwie ponieważ Pani wyglądała tak jakby chciała zawlec mnie do łazienki i udzielić jeszcze kilku instrukcji. Na pewno będzie mnie tam trzymać do JUTRA do szóstej, żebym zrozumiała o co jej chodzi. Najwyraźniej jednak ostatnie rzucenie okiem zyskało niechętną aprobatę (chyba zrozumiała?) i pozostałam sama. Oraz Upiorny Słój.
Póki mogłam unikałam udania się do jaskini lwa co by nie psuć sobie tych resztek nastroju jaki miałam ponurymi widokami. Nie byłam szczególnie zainteresowana widokiem obrzydłego przedmiotu. Niestety po wybiciu magicznej godziny 6:00 musiałam jakoś rozwiązać narastający przez noc problem. Stanęłam więc twarzą w twarz ze swym przeznaczeniem i udałam się do łazienki. Pomieszczenie to składało się z dwóch wnęk prysznicowych, toalety oraz składziku w którym wszystkie przebywające na oddziale panie myły zęby. Ponieważ tam tylko znajdowała się mikroskopijnych rozmiarów umywalka. Szorowanie zębów pod prysznicem jest wyczynem dość karkołomnym jeśli nie chce się napluć sobie na nogi, o czym nie pomyślał budowniczy prześwietnego szpitala. Ale nieważne, nie to mnie w tamtej chwili zajmowało.
Poszukiwałam rzeczonego słoja. Po prysznicami jak można było przypuszczać go nie było, w toalecie również. Przeszukałam w końcu składzik i pod mocno wysłużoną leżanką znalazłam odrapaną, szklaną potworność z naklejonym mikroskopijnym plastrem z moim, jak zdołałam odcyfrować, nazwiskiem. Znaczy właściwy. Wolałam uniknąć sytuacji w której korzystałabym wespół z kimś innym z tego nader intymnego przedmiotu. Postawiłam wytworne naczynie na poobtłukiwanej szafce, a sama usiadłam na leciwej leżance. I pogrążyłam się w kontemplacji. Nie samego czarownego przedmiotu, a sposobu jego użycia. Bo właściwie to jak z niego skorzystać? Wszelkie znane mi ryciny przedstawiające Luwr oraz czasy Ludwika XIV złośliwie pomijały kwestię korzystania z owej porcelany. A jedynie z tą epoką kojarzyła mi się, zapewne z powodu przeczytanych niegdyś barwnych opisów życia na nader eleganckim dworze, gdzie toalet było mało i z reguły daleko więc wszyscy wytworni i eleganccy ludzie załatwiali swe potrzeby po kątach lub co bardziej wytworni po nocnikach właśnie. Przedstawiane na nielicznych znanych mi obrazach naczynia służące do tych celów wyglądały zgoła inaczej niż ten twór socrealizmu polskiej służby zdrowia. A gdzie malowane na śnieżnobiałej emalii scenki rodzajowe? A gdzie filigranowe uszy do trzymania? I gdzie co najmniej trzech służących do podtrzymywania damy korzystającej z tej części zastawy? No bo właściwie to niby co ja mam zrobić? Mogłabym skorzystać na miejscu, czyli w składziku bez zamka, uprzednio zbudowawszy naprędce konstrukcję ze starych basenów w celu umieszczenia owej upiorności na właściwym poziomie. Wszelkie kucanie, a już na pewno zasiadanie na wytwornym naczyniu odpadało z racji raz ciężaru, a dwa gabarytu. Głupio byłoby się tłumaczyć z licznych ran ciętych i kłutych na tyłku które niewątpliwie powstałyby w przypadku zwykłego zasiądnięcia. Kucnięcie natomiast odpadało z powodu wielkości brzuszyska, ogólnej nieruchawości i braku miejsca do wykonania tej karkołomnej czynności. Składzik był po prostu za mały. To najprostsze wydawałoby się rozwiązanie odpadało w przedbiegach. Pozostawało dyskretne wyniesienie się razem do toalety. Tam mam właściwie dwa wyjścia albo wisząc w powietrzu trzymać naczynie w ręku, albo postawić je na klapie i udawać, że właściwie nic się nie dzieje, jest tylko trochę wyżej. Później mogę odnieść wszystko na właściwe miejsce czyli do składziku. Z głupoty, a może z przebłysku jasnowidzenia, wybrałam pozornie bardziej skomplikowane rozwiązanie czyli wariant pierwszy. Wiszę trzymając i pozbywam się narosłego do niebotycznych rozmiarów problemu. Jak umyśliłam tak zrobiłam. Przekradłam się niczym szpieg z krainy deszczowców do toalety osłaniając szklane paskudztwo połami obszernego szlafroka, zamknęłam drzwi i przystąpiłam do działania. Napełniając naczynie z góry spostrzegłam, że wcale nie leje się do, a poza naczynie, czyli prościej mówiąc cholera nie trafiłam! Jedynie popadnięciem w panikę na myśl, że po tylu przejściach i snuciu misternych planów wszystko diabli wzięli mogę tłumaczyć tak idiotyczny pomysł. Otóż słój był wielkości dorodnej kapusty. Trzeba by być ślepym hipopotamem, żeby w niego nie trafić. Niemniej jednak to co lałam z góry wyciekało dziwnym trafem dołem. Potrzeba była tak paląca, że nie udało się przerwać napełniania. Co więcej po zakończeniu czynności przeze mnie lało się nadal! Rany boskie, z powodu wszystkich gimnastyk i wygibasów jakich musiałam dokonać uszkodziłam sobie coś i straciłam zupełnie czucie! W głowie przeleciała mi myśl o cewniku, uszkodzeniach rdzenia OIOM-ie i innych głupotach zanim nie spostrzegłam, że w słoiku jest dziura. A właściwie dziurka. Mała, prawie idealnie okrągła, nieco ponad dnem, przez którą radośnie ciurkał sobie coraz bardziej zmniejszający się strumyczek. Padł na mnie blady strach i panika. Ze zgrozą uświadomiłam sobie, że badanie mi się nie uda i zostanę zmuszona do pozostania w tym szlachetnym przybytku Asklepiosa dłużej niż planowałam. Miałam ochotę majtnąć owym słojem o ścianę w celu rozładowania narastającej we mnie furii na myśl, że powodu owego dziurawca czeka mnie ponownie czarowna pobudka o 5:00, budzenie co 2 godziny w nocy bo koleżanka z łóżka obok ma ktg, z łóżka naprzeciwko chrapie jak chory na otyłość słoń, a mi mierzą co cztery godziny ciśnienie krwi nie wiadomo po co. Powstrzymałam się z trudem i pełna obaw udałam się do Wiceszefowej aby poinformować ją, że ten słój co to miałam w niego cały dzień sikać był dziurawy i niestety jego zawartość wylądowała tam gdzie było jej miejsce to znaczy w klozecie. Ulga jaka mnie ogarnęła na wieść, że nie szkodzi, to będzie Pani sikała o godzinę dłużej do słoja, była wielka. Nie wnikałam, czy mam tą godzinę specjalnie wykorzystać na korzystanie z nowego, bezdziurkowego naczynia, czy zostanie mi ono odebrane godzinę później niż to pierwotnie planowano. Jeśli by było trzeba mogę posiedzieć w składziku i dwie godziny byle by tylko wyjść w planowanym terminie do domu, gdzie nie będą na mnie czyhać pułapki w postaci dziurawych słojów.
Wypisana do domu zostałam tak jak to uprzednio planowano, z maleńką obsuwą, na szukanie zaginionego na Izbie Przyjęć obuwia. Ale w porównaniu do dziurawego nocnika to był tylko incydent nie wart wzmianki.

Pole tekstowe: February 9th, 2005

04:09 pm: Poranne budzenie....
Poranna rozmowa z Szacownym Małżonkiem.
Budzenie zamawiał o 7:30, co by się nie spóźnić do pracy. Posłuszna poleceniu niczym pani z centrali telefonicznej - punkt 7:30 dzwonię.
Dzwonię. Nic. Brak akcji. Dzwonię ponownie. Nadal nic. Tut, tut i nic. Dzwonię po raz kolejny. Ktoś, w założeniu mąż, odbiera. Ale z niewiadomych przyczyn odkłada słuchawkę. Znowu tylko tut, tut. Zdeterminowana nie poddaję się tak łatwo. Teraz zajęte. Czekam 5 minut. Wybieram numer. Tut, tut i nagle cud. Odebrał.
- Pobudka, 7:45, wstawaj – radośnie informuję.
-Mmmmm, co? – odpowiada mniej radosny Małżonek. Taki bardziej nieprzytomny.
- Już jest za piętnaście ósma. Chciałeś wstać wcześniej – informuję cierpliwie.
- Co?
-Za piętnaście ósma!!! Wstawaj!!! – może upiorny wrzask pomoże?
- A tak, właśnie miałem wstać. Już wstaję. Wstaję – powtarza z wielką determinacją, ale ja mam wrażenie, że nadal w skali Glasgow otrzyma najniższe wartości, znaczy nieprzytomny.
- Czy ty wiesz, z kim rozmawiasz? – spytałam ciekawa bo chyba nie był świadom, że rozmawia w ogóle.
-No, przecież wiem, że z tobą. – chwila zastanowienia i niepewna odpowiedź. – z żoną?
-Brawo. – znaczy poznaje - Wstałeś?
-Tak – pada zdecydowana odpowiedź
-Ale nadal leżysz?
-Tak – bardziej niepewna odpowiedź.
-Słuchaj czy ty będziesz dzisiaj w banku? Potrzebne mi potwierdzenie przelewu. Rano.– może przy okazji załatwię kilka spraw. Świadoma stanu umysłu męża staram się mówić prosto i jasno, krótkimi zdaniami. Nie pomaga.
-Co? Przelew? Jaki przelew? – pyta zdziwiony. Fakt, że wczoraj pół dnia marudziłam o przelewie do szkoły, jęczałam i wzdychałam, aż w końcu zniecierpliwiony małżonek ów przedmiot mych marzeń wysłał, jakoś dziwnie, o tej wczesnej porze, umknął jego uwadze.
- Ten do szkoły. Ten, co wysłałeś wczoraj. Masz potwierdzenie?
- Wysłałem? – poczułam, że za chwilę szlag mnie jaśnisty trafi. – No tak wysłałem. Do szkoły wysłałem. – pochwalił się.
-A potwierdzenie masz?- cierpliwość właśnie zdychała, żadna reanimacja jej nie pomoże.
-Nie. Przyjdzie pocztą.
Czułam się jak górnik na przodku. Rozmowa z małżonkiem rano przypomina mozolne wyrąbywanie zdań z wyjątkowo opornej skały. Granitowo twardej i ciemnej jak bazalt w rogu.
-Dobra, później porozmawiamy – co się będę męczyć. Sensu w tym co gada za grosz. Tylko mi nadnercza nadmiernie pracują. – wstań bo się spóźnisz – dodałam na koniec.
-Dobrze, już wstaję.. Zadzwonię później. – odparł małżonek odkładając słuchawkę.
Po 15 minutach telefonuję kontrolnie. Tut, tut i nic. Niezrażona pierwszym niepowodzeniem ponownie wykręcam numer. O dziwo, odebrał.
-Wstałeś?
-Co? a która godzina? – pyta zdziwiony jak dziecko. Cierpliwość właśnie wykopała sobie grób i leży.
- Nie wstałeś. Jest 8:30!!!!!! – drę się w słuchawkę budząc zainteresowanie ludzi w tramwaju. – dlaczego śpisz?! – wyjdę na podłą harpię, która jakiemuś nieszczęśnikowi spać nie pozwala. Biedny człowiek…
- Nie śpię, przecież wstałem. – odpowiada niewinny jak nie przymierzając święta dziewica. – Bo późno już.
Nie pytam czy ma potwierdzenie przelewu. Nie pytam już o nic. Po prostu odkładam słuchawkę. Mordercze instynkty wyładowuję na sterczących mi pod nogami grudach śniegu. Kopiąc w nie energicznie wyzbywam się nadmiaru adrenaliny krążącej mi dzięki ukochanemu małżonkowi we krwi
Po południu ponownie kontaktuję się z szacownym małżonkiem. Zaczynam oczywiście od przelewu. Jest mi niezbędny. Wręcz żyć bez niego nie mogę.
- Cześć. To ja. – wstępy mamy z głowy – Masz to potwierdzenie o którym rozmawialiśmy rano? – Przechodzę do sedna bo nie mam czasu. Czuję na karku oddech mojego szefa. Małżonek tez pewnie zajęty jak zwykle. W słuchawce cisza.
- Halo? Halo? jesteś? – pytam zdziwiona.
- Eeee… jakie potwierdzenie?

Pole tekstowe: February 4th, 2005

01:20 pm: ...
Poszłam do lekarza. W sumie wydawałoby się, że to prosta czynność. Zadzwonić, umówić się na wizytę, przyjść, odbyć wizytę, wyjść. Wszystko razem powinno trwać góra 40 minut. Proste? Otóż tylko tak mi się wydawało.
Dodzwonić się udało. Po 15 minutach wiszenia na telefonie. Pani stwierdziła, że na wizytę należy umówić się osobiście, ale w drodze wyjątku zostanę zapisana. No bo jestem ze wsi i nie mogę dojechać. Godziny przyjęć pana doktora? Niech pani przyjedzie o 12, doktor przyjmuje właśnie od 12 do 14. Pojawiłam się nieco przed 12, niepewna wszelakich niewątpliwie skomplikowanych procedur. Za kontuarem recepcji siedziała pulchna, nieduża blond dama w połówkowych okularach oraz zasuszona i bardzo chuda sekutnica o czarnych włosach, bez okularów. Miła dama spytała grzecznie o nazwisko, spytała również czy mam kartę. Nie miałam, to była pierwsza wizyta w przychodni. Byłam za to na oddziale. Miła pulchna dama przekazała mnie chudej sekutnicy. Z komentarzem wygłoszonym scenicznym szeptem pełnym grozy i przerażenia „Nie ma karty”. Od wiedźmowatej recepcjonistki usłyszałam tylko „dowód”, który skwapliwie podałam, „ciąża?” gorliwie potwierdziłam, „ubezpieczona?” drżącą ręką podałam jedną z posiadanych przeze mnie legitymacji ubezpieczeniowych, szczęśliwie podstemplowaną. Właściwie nie musiałam tego robić bo ustawa jasno mówi, że akurat takie jak ja delikwentki ubezpieczenia posiadać nie muszą. W końcu mamy prorodzinne i opiekuńcze państwo. Niemniej jednak nie śmiałam zwrócić pani uwagi, sądząc z miny wszelka dyskusja na jakikolwiek temat jest zakazana. Po dłuższej chwili przestępowania z nogi na nogę w trakcie której czarnowłosa kobieta wypełniała ręcznie miliony dokumentów, papierów i ksiąg otrzymałam kartę i suchą informację „pod gabinet 1 na pomiary, potem w 5 lekarz”. Jakie pomiary nie wiedziałam, ale posłusznie powlokłam się pod uprzejmie wskazany adres.
Pod gabinetem numer jeden siedziała kobieta w dość zaawansowanej ciąży w towarzystwie męża, chyba. Była przyzwoicie ubrana, z wyglądu całkiem sympatyczna. Natomiast jej towarzysz odznaczał się wyjątkową urodą podkreśloną wymyślnym strojem. Poliestrowy zgniłozielony garnitur zręcznie komponował się z kwiecisto-czerwoną koszulą i żółtym krawatem. Kompletu dopełniała ortalionowa, jakby gnieciona kurtka oraz mokasyny z chwościkiem. Ów elegancki mężczyzna wszelkie, niewątpliwie istotne i niezbędne mu dokumenty trzymał w czarnej skajowej torbie wielkości małej walizki, nieco postrzępionej przy niedomykającym się suwaku. Ilość dokumentów była tak duża, iż wypełniały one także pokaźnej wielkości reklamówkę z wielkimi uszami. Dzierżył to wszystko w brudnych łapach z potwornie zapuszczonymi pazurami. Twarz również sprawiała wrażenie dawno nie mytej, może wpływał na to niechlujnie ogolony zarost pokrywający szaro-czerwone oblicze nieregularnymi kępkami. Całość, w zestawieniu z całkiem zwyczajną i na pierwszy rzut oka normalną kobietą, robiła szokujące wrażenie. Grzecznie spytałam, jak mnie mamusia uczyła:
- Państwo również czekają do gabinetu numer 1?
- Moja żona czeka, ja jej pilnuję – odpowiedział wyniośle pan zmierzywszy mnie taksującym wzrokiem, dłużej zatrzymując się spojrzeniem na prawej dłoni w której ściskałam plecak. Fakt, że nie mam na palcu obrączki nie umknął jego bystrym oczom, widać to było po pogardliwym grymasie ust.
- Jakby pan tu czekał mógłby pan dostać milion dolarów od Rockefelera – zażartowałam nieco stremowana. Nie mogłam trafić gorzej. Dowiedziałam się, że Rockefeler to żyd, czyli jednostka z natury zdeprawowana i niegodna wzmianki. Po drugie przy obecnych rządach (sic!) feministycznej kliki złożonej z minister Jarugi-Nowackiej, Magdaleny Środy oraz jej podobnych pseudokobiet wielu zboczeńców rodzi dzieci, choćby tacy transwestyci. On, czyli pan mąż nie chciałby znaleźć się w towarzystwie tych indywiduów, bo jako praworządny Polak i katolik wierzy w prawdziwe wartości. Informacje te zostały mi przekazane w gniewnej tyradzie, gdzieniegdzie przetykanej cytatami z jedynego prawdziwego i godnego zaufania źródła jakim jest „Nasz Dziennik” oraz oczywiście Radio Maryja. Biedna żona starała się uciszyć głośne wywody męża, nieskutecznie niestety. Żałowałam, że w ogóle się odezwałam. Do ogólnego obrazu brakowała mi jeszcze moherowego beretu na wyjątkowo pustym łbie odrażającego indywiduum. Nie wiem, co t,a z pozoru normalna kobieta, robiła z tym brudnym kretynem. Całe życie nie wierzyłam w stereotypy i uprzedzenia, niestety ten osobnik idealnie pasował do panującego powszechnie stereotypu członka patii moherowych beretów oraz zwolenników lidera samoobrony. Łącznie z brudnymi łapami. Po opluciu wszystkich jedyny prawdziwy Polak zainteresował się brakiem personelu medycznego w gabinecie numer 1.
- No gdzie ona kurwa jest? – spytał retorycznie mając na myśli położną, która oddaliła się w bliżej nieznanym kierunku jakiś czas temu. – siedzi pewnie i kawę pije mając w dupie pacjenta. –sam sobie odpowiedział.
- Poszła z inną pacjentką na badanie - cicho odpowiedziała mu żona, niestety na mężu nie zrobiło to wrażenia.
- Cała ta służba zdrowia jest do dupy! Złodzieje i chamy! Co oni sobie myślą, że my tu będziemy tak kurwa siedzieć bez słowa?! Jak cię dzisiaj nie zostawią to ich chyba rozpierdolę – dodał zmieniając gwałtownie temat. Na moje szczęście rzeczona położna powróciła i znękana żona udała się na tajemnicze pomiary. Obok mnie usiadła kolejna zainteresowana gabinetem numer 1 pacjentka. Po uzyskaniu potwierdzenia, że ja też czekam rozpoczęła przyjacielską konwersację w celu skrócenia nudnego czekania.
- A pani to też do Nowaka? Bo ja to tylko do niego. Bardzo fajny doktor. To już moje trzecie i ja zawsze do niego, ale kiedyś to był gdzie indziej, chyba na Przasnyskiej, a może nie? Ale go lubię. Taki miły i spokojny. Tylko trudno się z nim dogadać. A byłam u takiego jednego prywatnie. Bo zrobiłam sobie test, nie raz, wie pani, ale kilka. No i wszystkie wyszły pozytywnie. A miałam już nie mieć dzieci. Po pierwszej córce mi tak powiedzieli, że już nic z tego, ale ja po 10 latach miałam syna no teraz to. Więc te doktor jak przyszłam pyta mnie co ja u niego robię? No to mu powiedziałam, że zębów u niego leczyć nie będę. Dobrze, nie?
Potwierdziłam, że dobrze, faktycznie zębów u takiego doktora raczej się nie leczy. Niestety dalszy ciąg tej interesującej konwersacji przerwała nam położna, która zawołała mnie do gabinetu. Po zadaniu szeregu standardowych pytań, na których odpowiedzi zawarte były w papierach leżących przed panią położną co jej niestety umknęło, padło zaskakujące pytanie.
- Dlaczego idzie pani do Nowaka? – przenikliwe spojrzenie czekało tylko na jakiekolwiek oznaki nieszczerości. Boże, nie wiem dlaczego do Nowaka. Bo mnie prowadził jak byłam na oddziale? Odpowiedź nie była odpowiednia.
- Ale dlaczego do niego? – zapytała ponownie pani położna. Ponowiłam najprostsze wyjaśnienie, jako dowód pokazując kartę informacyjną z oddziału. Zgłupiałam chyba zupełnie. Nie wiem po co się tak tłumaczyłam. Pani położna nadal nie była usatysfakcjonowana, ale na szczęście nie drążyła tematu. Dokonała nieodzownych pomiarów czyli kontrola ciśnienia krwi i tętna i wysłała mnie do gabinetu numer 5. Bez słowa.
Pod gabinetem siedziały nieznane mi dwie pacjentki w różnych stadiach ciąży oraz żona odrażającego półgłówka. Ustaliłam, ze jestem za żoną i przygotowawszy się do długiego czekania wydobyłam z plecaka przezornie nabytą książkę. Pogrążona w lekturze starałam się tylko kontrolować swoją kolejkę do upragnionego gabinetu, nie zwracając uwagi na toczącą się wokół mnie rozmowę dotyczącą urodzonych dzieci, nienarodzonych dzieci, komplikacji położniczych, wad wrodzonych płodu oraz cukrzycy ciężarnych. W pewnej chwili dobieg mnie dziwnie piskliwy głosik, jakby starej-małej dziewczynki.
- czy wszystkie czekają do piątki? – pytanie zostało zadane przez prawie czterdziestoletnią kobietę, która była jak to można się domyślić u pacjentki będącej w szpitalu położniczym, przed gabinetem położnika, w ciąży.
Jedna z czekających kobiet potwierdziła, wszystkie 7 czekają do piątki. Za mną jak się okazuje przyszły jeszcze cztery pacjentki po pomiarach. Piskliwa dama powiodła niechętnym wzrokiem po zgromadzonych przed gabinetem grubaśnych postaciach.
- Ale ja jestem w ciąży! Nie mogę czekać – oznajmiła z pretensją. Fakt, że wszystkie obecne były w ciąży umknął jej uwadze. Albo i nie, może była po prostu głupia.
- Wszystkie jesteśmy w ciąży – po dłuższej chwili odpowiedziała jej jedna ze starszych wiekiem pacjentek. Ta chwila był potrzebna chyba po to by otrząsnąć się ze zdumienia na takie dość nieoczekiwane dictum.
- Ja jestem w 36 tygodniu – oznajmiła pani. Nie wiem, może powinnyśmy bić jej brawo?
- A jakie to ma według pani znaczenie? – spytałam szczerze zainteresowana.
- Powinnam wejść pierwsza bo mi ciężko – odpowiedziała pani patrzą na mnie jak na głupią. Przecież to było oczywiste. Była w ciąży i było jej ciężko. W poczekalni zapadła cisza.
- Teraz wchodzę ja, potem ta pani, za nią następna – łagodnie odpowiedziała jedyna rozsądna kobieta, za wszystkie zaskoczone – a to w którym się jest tygodniu nikogo nie obchodzi. Jest kolejka.
Piskliwy głosik chciał coś dodać, ale po otrząśnięciu się z pierwszego szoku odezwały się stanowcze głosy poparcia dla rozsądnej kobiety. Obrażona dama usiadła gniewnie na krześle, już bez słowa. W końcu nadeszła moja kolej. Wizyta odbyła się dość szybko. Gadatliwa pani spod jedynki miała rację. Dogadanie się z panem doktorem stanowiło niestety pewien problem. Postanowiłam zlekceważyć niezrozumiałą dla mnie nutę dezaprobaty w głosie doktora. Może wiązało się to z tym, ze przyszłam właśnie do niego? A może z czymś innym bliżej mi nieznanym. Uzyskałam jednak to co chciałam. Pozostało mi tylko udać się do recepcji w celu zapisu na kolejną wizytę oraz podstemplowania skierowania na badania.
Pulchna dama była za kontuarem sama. Usiłowała obsłużyć pacjentkę, która przyszła na wizytę, rozmawiać przez dwa telefon naraz i wpisywać dane do jakiejś wielkiej księgi. Wyglądało, że za chwilę się rozpłacze. Swój żal koiła potężnymi kęsami smakowicie pachnącego sernika. Przez to mówiła dość niewyraźnie. Może dlatego nie zrozumiałam co mówi. Po którymś razie pojęłam w końcu, że mówi do mnie, co więcej pyta czy potrzebne mi zwolnienie. Było potrzebne. Ruchem głowy, ponieważ usta miała zajęte żuciem wyjątkowo wielkiego kawałka ciasta, wskazała mi miejsce gdzie miałam poczekać. Czekałam i czekałam, sernika robiło się coraz mniej i mniej, a zwolnienia nie było. W końcu, z głośnym stukotem obcasów, wróciła druga recepcjonistka. Mimo odpychającego zachowania i wiedźmowatego wyglądu ona stanowiła mózg tej pary. W ciągu kilku chwil sprawnie rozładowała korek złożony z bab w różnych stadiach zaawansowanej ciąży kłębiący się przed niewielką ladą. W między czasie załatwiła kilkanaście telefonów i o dziwo wypisała moje zwolnienie. Byłam pełna podziwu dla tej cudownej i bardzo kompetentnej istoty. W tym czasie miła pulchna dama skończyła spożywać swój sernik. Też chciałam coś zjeść, cała wizyta, z pozoru prosta i zwyczajna zajęła mi 3 godziny, z czego na czynności medyczne przeznaczone było 20 minut. Już teraz zastanawiam się co mnie spotka na następnej wizycie? Znając moje szczęście będzie to samotna matka piętnaściorga dzieci opowiadająca mi swoje życie lub gorliwie ewangelizujący świadek Jehowy. Matko jedyna, nie idę!

 Pole tekstowe: February 3rd, 2005

07:04 pm: ...
Babcia postanowiła nabyć telewizor. Cierpiała bowiem na straszną niechęć kuchenną, a obecność telewizora wybitnie zwiększyłaby jej tolerancję na czynności kuchenne. Jako, że sama uważam kuchnię za przedsionek piekła i co najmniej kazamaty pokutnicze przyklasnęłam jej pomysłowi. Może faktycznie jak będzie telewizor to milej będzie tam siedzieć? Babcia otrzymała zadanie bojowe zrobienia rekonesansu, ustalenia cen i formy nabycia owego upragnionego sprzętu. Po długich poszukiwaniach w końcu oznajmiła:
- Słuchaj, jest taki jeden telewizor, w Auchon. Mały taki, akurat się nada dla nas. 14 cali, kolorowy oczywiście. I co ty na to?
Ja akurat byłam nieco zajęta, ale wobec tak ważnej kwestii bez żalu porzuciłam swoje zajęcie.
- No dobra, a ile kosztuje?- dla mnie to było pytanie zasadnicze. Babcia bowiem czasami traciła umiar w kwestiach promocji i szczególnych warunków cenowych. Potrafiła nabyć coś po okazyjnej cenie, jakieś półtora raza drożej niż normalnie.
-Niedrogi. Zapłacimy kartą Auchon bo akurat jest bez odsetek.
Cena wydawała się przystępna. Forma zapłaty również. Nie zastanawiałam się zbyt długo nad szczegółami technicznymi ufna w rozwiązanie wybrane przez Babcię. Udałyśmy się do sklepu. Telewizor jak telewizor, ani przesadnie piękny ani brzydki. Wszelakie elektroniczne bebechy pozostawały dla nas czarną magią nie zaprzątałyśmy sobie więc nimi głowy, po krótkim tylko telefonie do Szacownego Małżonka z pytaniem co to jest czarny monitor. Uzyskana odpowiedź mogła być równie dobrze w suahili, mniej więcej tyle bym zrozumiała. Telewizor nam się podobał. No i miał jedną główną zaletę. Był. Zapakowałyśmy dość pokaźne pudło do wózka i triumfalnie udałyśmy się w stronę kas. Tuż przed tym jak sapiąc wyładowałam pudło na taśmę Babcia stanęła jak wryta i z pewną dozą niepewności spytała.
- Czy do tej karty to pin mi potrzebny?
- Tak, ale przecież masz go w torebce – odpowiedziałam spokojnie, widziałam jak go tam wkładała „ku pamięci”.
-No tak, ale go wyjęłam bo mi przeszkadzał.
Jak malutki świstek papieru mógł przeszkadzać nie wiem, ale nadal spokojna prowadziłam tą nadzwyczaj interesującą konwersację.
- A gdzie go masz teraz?
- Ano nie wiem, może w domu? A może go wyrzuciłam? – Babcia zamyśliła się patrząc w dal, niezbyt imponującą wprawdzie ponieważ dalszy horyzont zasłaniała jej półka z farbami, ale zawsze to dal. Czekałam cierpliwie na wynik tej kontemplacji.
- Ale co się martwisz, weźmiemy go po prostu na raty – pocieszyła mnie radośnie. Ufna w jej rozeznanie terenu niewinnie zapytałam
- A zaświadczenie o zarobkach masz? Bo ja nie mam, trochę mnie zaskoczyłaś. Miałyśmy zapłacić kartą Auchon.
- No właśnie, na raty – odpowiedziała Babcia. Poczułam, ze czegoś nie rozumiem.
- Jak to na raty kartą? Przecież nie masz pinu.
- Po co mi pin? Mam limit. A poza tym weźmiemy na raty. – albo ja jestem głupia albo sklepy wierzą klientom na słowo, że mają limit, a poza tym są zatrudnieni na stałe i takie raty to proszę pana żaden problem. W końcu jednak babcia robiła rekonesans, może ja po prostu czegoś nie wiem.
- Mamo, zdecyduj się co chcesz zrobić bo ja już nic nie rozumiem. W jaki sposób chcesz zapłacić za telewizor?
- Kartą.
Dobra, rozumiem. Do karty jednak potrzebny jest pin, którego nie posiadałyśmy. Już miałam podzielić się z radosną Babcią ową mało radosną nowiną gdy dodała.
-Na raty. – i uśmiechnęła się do mnie radośnie.
Cierpliwość, która rzadko u mnie gościła, odbiegła gdzieś daleko wykopana przez narastającą coraz bardziej furię.
- Rany boskie, kobieto! Skup się! Karta czy na raty? Nie jedno i drugie. Albo jedno albo drugie!
- Nie rozumiem czego się wściekasz, przecież mówię, że kartą!
- Nie masz pinu, kartą nie możesz!
- No to dlatego biorę na raty.
Przez chwilę nawet wydawało mi się to logiczne. Jak nie mamy pinu no to weźmiemy raty. Proste? A wszystko to z przyznanego hipotetycznego limitu na karcie, którego w ogóle nie możemy potwierdzić bo nie mamy pinu. Zgłupiałam. Podeszłam do pani z obsługi klienta i grzecznie zapytałam nadal skołowana babciną zabójczą logiką.
- Chciałabym zapłacić kartą Auchon za telewizor. Czy potrzebny mi pin?
- Oczywiście – babsko spojrzało na mnie jak na przygłupa. Dostał taki nowoczesny środek płatniczy, a skorzystać z niego nie umie.
- A jeśli chciałabym wziąć go na raty to potrzebny mi pin? – ciągnęłam dalej świadoma, że nader interesującej wymianie zdań przysłuchuje się wysłana wcześniej na zwiady Babcia.
- Nie, jeśli chce pani wziąć telewizor na raty potrzebne jest pani zaświadczenie o zarobkach. Pin jest do karty.
- Ale ja go nie pamiętam, a mam limit. Po co mi ten pin? – z pretensją włączyła się Babcia. – Przecież mogą go wziąć na raty!
Pani zrobiła się jakaś taka troszkę różowa. Pewnie myślała, że robimy z niej głupią. Stojąc tak z wózkiem wypchanym telewizorem, na którym radośnie siedziało Dziecko i z dziwnymi wyrazami twarzy zaczynałyśmy budzić powszechne zainteresowanie. Myślę, że duży udział miał tutaj głęboki i doskonale słyszalny, pełen wymagań i wcale niekrytego żalu głos Babci, która w młodości była solistką w chórze i potrafiła śpiewać altem. Teraz nie śpiewała, ale jej alt słychać było doskonale.
- Nie może pani płacić kartą bez pinu. Nie może pani wziąć nic na raty bez zaświadczeniu o zarobkach – pani trzymała się oprawionych w folię dokumentów jak tonący brzytwy. Najwyraźniej oprócz talentów wokalnych Babcia miała talent filozoficzn-logiczny narzucający innym swoją wizję świata. Pani obsługująca zaczynała wątpić w swoją.
- Dlaczego? Przecież mam limit. – odpowiedziała niewzruszona Babcia. Mogły by tak gadać jak dziad z obrazem jeszcze pewnie i długo, ale dziecko dotąd spokojne uznało, że zbyt długo nie jest centrum wszechświata. Dało więc wyraz swojemu niezadowoleniu rycząc pełną piersią, niechybnie odziedziczywszy po Babci chórowy alt.
- Babcia, ja chcę teletubisie! Babcia, ja chcę teletubisie!- wyło niewiadomo dlaczego, ponieważ w zasięgu wzroku żadnych grubych potworów nie było widać. Popis wokalny Dziecka przerwał jednak uroczą konwersację, śledzoną obecnie, niczym mecz tenisowy, przez pana z ochrony oraz licznie zgromadzanych klientów sklepu. Babcia podjęła męską decyzję.
- To ja pojadę po ten pin, skoro jest taki potrzebny – powiedziała z wyraźną pogardą i niesmakiem – proszę w takim razie pilnować mi koszyk.
Po minie pani widać było, że poczuła się urażona. W końcu nie jest od pilnowania tylko od obsługiwania. Żadnych koszyków pilnować nie będzie. Wózek został w końcu postawiony pod regałem z telewizorami. Przez mnie. Gdyby jednak to babcia miała decydować pani zostałby do niego niechybnie przykuta przy użyciu kajdanek wypożyczonych od pana ochroniarza. Wściekła i pełna urazy Babcia udała się z wizgiem opon po pin do karty. Nie śmiałam się odezwać, chociaż szczerze chciałam się dowiedzieć dlaczego, po prawie tygodniu sprawdzania wszelkich warunków, pędzimy do domu jak do pożaru, żeby dokonać pozornie normalnego zakupu? Dziecko wiedzione nieomylnym instynktem wiedziało kiedy nie należy Babci wkurzać, siedziało w zupełnej ciszy. Obejrzałam się nawet żeby sprawdzić czy oddycha. Taki bezruch i bezgłos był dla niej niepodobny. Babcia z szybkością rakiety pobiegła do domu, gdzie dokonała rewolucji w papierach, wysypując po prostu zawartość szafki na blat stołu.
- Ha! Mam. Mam pin – oświadczyła tryumfalnie machając mi czarną kartką przed nosem. Wstąpiła we mnie odrobina nadziei, że może jednak będzie normalnie i teraz zakupimy upragniony sprzęt kuchenny jak normalni ludzie.
- Teraz babie pokażę! – powiedziała mściwie Babcia, wskakując raźno d samochodu – właśnie, że kupię ten telewizor, choćbym miała sczeznąć! – oświadczyła na końcu. Dreszcz mi przeszedł po plecach. Jeśli teraz coś się nie uda to sądząc po determinacji babci ona ten głupi telewizor po prostu ukradnie. Szacowny Małżonek może dostanie zniżkę na cebulę wysyłaną żonie i teściowej do zakładu penitencjarnego. Pełna złych przeczuć popchałam do kasy stojący dotąd spokojnie w kącie nasz wypełniony telewizorem wózek. Pani kasjerka nakazała mi odczytanie kodu naklejonego nie wiadomo dlaczego na spodzie pudła. Dokonując iście ekwilibrystycznych sztuk wisząc na brzuchu w środku wózka, uchylając się przed wszechobecnymi kończynami dolnymi Dziecka uparcie siedzącego na pudle, nieco drżącym głosem odczytałam pożądany kod. Najwyraźniej uczyniłam to właściwie ponieważ pani niewzruszona zażądała zapłaty. Babcia królewskim gestem wręczyła jej kartę. Następnie nasadziła na nos okulary i przystąpiła do wbijania pinu na padzie. Pin był błędny. Lekko tylko poruszona Babcia ponownie wbiła kod. Mogła się w końcu pomylić. Pin pozostał błędny.
- Daj mi ten pin – poprosiłam pełna złych przeczuć – i niech pani pokaże tą kartę – dodałam. Moje przypuszczenia były słuszne. To był pin nie do tej karty. Nic dziwnego, że był błędny. Numer widniejący na karcie nijak się miał do tego zapisanego na kartce z pinem.
- Kupują panie w końcu ten telewizor? – spytała zniecierpliwiona kasjerka. Babcia bez słowa gwałtownym gestem zawróciła wózkiem. To znaczy chciała zawrócić. Za nami utworzyła się już kolejka. Duża kolejka, bo to była kasa do 5 artykułów. Babcia niestrudzenie, z determinacją czołgu przepychała się do tyłu. Nie zwracając uwagi na licznie występujące w tym rejonie kończyny dolne innych klientów parła do celu, jakim był regał ze sprzętem RTV. Nikt nie zwrócił jej uwagi, sądząc bowiem po minie Babci temu odważnemu pudło z telewizorem wyląduje na głowie, a wokół szyi zawiązany będzie miał gustowny krawat z kabla od anteny. Ja niestety musiałam zostać aż paragon zostanie unieważniony, nie zdążyłam wobec tego powiedzieć, że ja zapłacę za ten telewizor. Ogłuszona doszczętnie wszystkimi problemami z limitami i ratami nie dostrzegłam bowiem najprostszego rozwiązania. Kupię go ja. Swój pin do kary pamiętam bo Zapobiegliwy Małżonek, niech będzie pochwalony, wszędzie nadał mi ten sam pin.
Ostatecznie i zgodnie z wolą Babci niezbędny sprzęt kuchenny został nabyty. Przeze mnie. Wstydliwie i ukradkiem w ostatniej kasie. Nie uchroniło mnie to jednak przed nadmiernym zainteresowaniem ochrony, która patrząc jak wozimy w tę i z powrotem wielkie pudło niewątpliwie zachodziła w głowę jakież to skomplikowane i wyrafinowane przestępstwo zamierzamy popełnić przy użyciu skrzypiącego wózka sklepowego, pudła, Dziecka, starszej kobiety i grubej baby. Główny mózg przestępczy w towarzystwie młodocianego pożerał w tym czasie pizzę rzucając tylko od czasu do czasu ponure i urażone spojrzenia w stronę pani kasjerki, pani z obsługi, stanowiska kart auchon oraz ogólnie w stronę wszelkich tych wrogich jednostek, które złośliwie i przekornie uniemożliwiły jej upragniony zakup.